Szukaj:Słowo(a): rozmieszczenie nazwisk w Polsce
Witaj!
Na początku lat 90-tych XX-wieku było Was w Polsce tylko 99
a tak wygladał rozkład wg. starych województw.

Nazwisko - Morkis - Ogólna liczba 99
Rozmieszczenie- Wa:4, Cz:2, Gd:7, Kl:1, Ka:75, Ko:1, Kr:1, Ks:3, Op:2, Pt:3
w Czestochowie już nie ma Morkisów, ja znam tą z Krakowa.

pozdrawiam
Jacek
Kozłowskich jest bardzo dużo. Wejdź na stronę: moi krewni to sie
dowiesz dokładną liczbę i rozmieszczenie na terenie Polski. Mój
dziadek nazywał się Jan Kozłowskii mam liczną rodzinę o takim
nazwisku. Znam równiez wielu Kozłowskich nie spokrewnionych z nami,
chyba że w którymś wczesniejszym pokoleniu. Pozdrawiam zatem
krewniaka, czy krewniaczkę. Cześć, trzymaj się Kozłowski/a !!
Nazwiska występujące aktualnie w Polsce
Dyskusja Vitalli i Karola w innym wątku przypomniala mi o linku, gdzie mozna
sprawdzic ilosc osob o danym nazwisku w Polsce wraz z rozmieszczeniem
geograficznym wg starych wojewodztw. Oto ten cenny link:
www.herby.com.pl/herby/naz_query.html
I tak, Karolu, jak widze jest Was w Polsce 6 osob o tym nazwisku, a w Toruniu
tylko Ty Chyba, ze przez ostatnie 10 lat cos sie zmienilo.
havaa napisała:

> Dyskusja Vitalli i Karola w innym wątku przypomniala mi o linku, gdzie mozna
> sprawdzic ilosc osob o danym nazwisku w Polsce wraz z rozmieszczeniem
> geograficznym wg starych wojewodztw. Oto ten cenny link:
> www.herby.com.pl/herby/naz_query.html
> I tak, Karolu, jak widze jest Was w Polsce 6 osob o tym nazwisku, a w Toruniu
> tylko Ty Chyba, ze przez ostatnie 10 lat cos sie zmienilo.

Z dwa lata temu zetknęłem sie z linkiem.Prawdopodobnie powstał na bazie książki
teleadresowej z pominięciem nazwisk zastrzeżonych.W Toruniu widnieje nazwisko
mej matki oprócz nie wykazanego w tym linku mej rodziny z powodu jaki podałem
wyżej.
Wszystkie te osoby związane są z jednym rodem pochodzącym z Kołomyi z ulicy
Mickiewicza,która biegła od gimnazjum kołomyjskiego leżącego przy głównym
trakcie przecinajacym miasto.Mieszkały przy tej ulicy trzy rody o tym
nazwisku,tj mego dziadka,dziadka brata, oraz ich kuzyna,trzeci brat dziadka
po studiach na UJK ,ożenił się z lwowianką Michaliną Heinrich.
wnuczką powstańca z 1863r,osiedlili się w Tarnowie jeszcze przed wojną.
Kremliny znowu bełkocza o iskanderach w Królewcu

Sława!uxa.osw.waw.pl/news/aktu.htm

Rosyjski Sztab Generalny straszy Iskanderami pod Kaliningradem,
jeśli w Polsce pojawią się rakiety Patriot
Rozmieszczenie w Polsce amerykańskich rakiet Patriot może być
potraktowane jako krok poprzedzający zainstalowanie na jej
terytorium elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej -
powiedział 21 maja agencji Interfax niewymieniony z nazwiska wysoki
rangą przedstawiciel rosyjskiego Sztabu Generalnego. Dodał, że w
związku z Patriotami może znów pojawić się kwestia dyslokacji
rosyjskich Iskanderów w obwodzie kaliningradzkim (Był to komentarz
do doniesień, że do końca br. USA przekażą Polsce baterię Patriotów).
2009.05.21, PAP, www.interfax.ru, www.gazeta.ru

Forum Słowiańskie
gg 1728585
Witam!

szwager_z_laband napisał:

> okolice Kalisza to tysz Wielkopolska. abo?

Dokładnie to okolice Kępna. Prawie Śląsk ;o) Zresztą, kiedyś w sieci
prawdzałem rozmieszczenie ludzi o nazwisku mojej Mamy w Polsce.
Najwięcej ich mieszkało w dawnym katowickim. Mama nazywała się Gudra.
niemiecki pośrednik w handlu gazem
Niemcy mają powody do zadowolenia. Postawa Polski wobec Rosji sprawia,że ich
kraj staje się naturalnym pośrednikiem między Rosją a Europą. To będzie mieć
istotne konsekwencje prowadząc do wzrostu roli Niemiec zarówno w Europie, jak i
w świecie.

Budowa tarczy na terenie Polski jest najlepszym rozwiązaniem biorąc pod uwagę
interesy Niemiec, gdyż nieodwołalnie stawia Polskę w roli wasala Ameryki, co
oznacza że kraj nasz nigdy nie będzie odgrywał w miarę samodzielnej roli. To
jest główny powód zadowolenia Niemców, a nie strach przed opadem radioaktywnym,
który jest mimo wszystko mało prawdopodobny.

Całkowita wasalizacja Polski względem Ameryki jest główną konsekwencją przyjęcia
tarczy na swoje terytorium i z tego powodu warto będzie zapamiętać nazwiska
ludzi, którzy nam ten "prezent" zafundowali. Nic nie zmieni tu kwakanie, że my
coś tam na tym ugramy, gdy się na ową tarczę zgodzimy. Prawda jest taka, że
decyzja o jej rozmieszczeniu (lub nie) zostanie podjęta tylko i wyłącznie w
Waszyngtonie, a samych Amerykanów niewiele obchodzi jak "tubylcza" władza w
Warszawie objaśni ten fakt "ludkowi nadwiślańskiemu".
U mnie nie bylo bombonier z bardzo glupiego powodu: w wirze przygotowan
zapomnielismy o nich :(
Przypomniala mi sie jeszcze jedna wazna rzecz, ktora w moim uznaniu bardzo
ulatwila organizacje i ktora w innych krajach sie praktykuje a w polsce jeszcze
rzadko: ustawienie przy kazdym miejscu ozdobnej karteczki z imieniem i
nazwiskiem goscia.
Pamietam jeszcze te polskie wesela z mojego dziecinstwa, kiedy to goscie
probowali sie przecisnac do sali jeszcze zanim para mloda zjadla chleb i sol,
po to tylko zeby sobie zajaz "fajne miejsca". Wiem, okrutny wstyd... Ale ja
wtedy bylam mala i nie czuje sie odpowiedzialna za wybryki mojej wiejskiej
rodziny. A potem ta wstydliwsza reszta, co toczekala przy parze mlodej az
zjedza sol i chleb, rzucala sie calą chmarą do sali, lapczywie chwytając
obydiwema rekami pobliskie krzesla i pokrzykując "tu dla mojej mamy! "tu dla
mojej cioci!", "tu zajete!", a jak juz sie rozsiedli to zaraz sie zaczynalo
przesadzanie, bo gdze byla "dziura", gdzie o miejsce za malo bo nie udalo sie
zajac dla jakiejs superowej kuzynki, gdzies jakas zona zostala rozdzielona od
swojego meża, itd...
Tak więc ja od dawna wiedzialam ze jesli kiedys wyjde za mąż t to będzie
pierwsza rzecz o którą zadbam: rozmieszczenie gości.
Już dobosz zagrzmiał, juz sojusz zawarty!
Ponad 200 mln USD na polski sektor
Wtorek, 29 lipca 2003 - 08:31 CEST (06:31 GMT)

Pentagon zapłaci ponad 200 mln dolarów na pokrycie kosztów transportu i
wsparcia międzynarodowej dywizji pod polskim dowództwem w Iraku.

Jak podał wtorkowy "Washington Post", powołując się za odpowiedzialnego za
finanse w resorcie obrony Dova Zakheima, na mocy umowy podpisanej w zeszłym
tygodniu z rządem RP, Pentagon zapłaci 30-40 mln dolarów za transport
lotniczy 9.000 żołnierzy oraz około 200 mln za posiłki, opiekę medyczną i
inne wydatki związane z ich pobytem w Iraku.
Ma to gwarantować, że - jak powiedział nie wymieniony z nazwiska
przedstawiciel armii USA - "dywizja będzie w Iraku w ciągu kilku miesięcy".
Według planu, ma ona zostać rozmieszczona w środkowym-południowym sektorze
okupacyjnym do końca września.

Zakheim podkreślił, że USA nie pokrywają kosztów żołdu dla wojska, które
stanowią gros kosztów całej misji polskiej dywizji - poniosą je kraje
uczestniczące w operacji.

Poinformował też, że Polska zapłaci jedną trzecią kosztów transportu i
wsparcia swoich oddziałów (2.400 żołnierzy), natomiast Hiszpania, która
dostarcza największy kontyngent po Polsce - 1.300 żołnierzy - sama w całości
opłaci analogiczne koszty pobytu swoich wojsk.

Druga dywizja międzynarodowa, pod dowództwem brytyjskim, która ma być
rozlokowana w sektorze południowym, będzie sfinansowana w całości przez
kraje dostarczające do niej swoje oddziały.

Prawdopodobnie jednak trzecia dywizja międzynarodowa, którą planuje się
rozmieścić w sektorze północnym, gdzie ma zluzować wojska amerykańskie,
będzie musiała być sfinansowana przez USA, powiedział Zakheim.

"Washington Post" cytuje także opinię emerytowanego amerykańskiego generała
Montgomery'ego C. Meigsa, który dowodził częścią sił pokojowych NATO na
Bałkanach. Wyraził on przekonanie, że dywizja pod polskim dowództwem poradzi
sobie w Iraku. "Należy sądzić, że Polacy będą chcieli, aby to był sukces" -
powiedział generał.

sg, pap
Tu macie fajny link o rozmieszczeniu nazwisk w Polsce.

www.herby.com.pl/herby/indexslo.html
Językowe zwyczaje a tworzenie takich ciągów
Zwróćcie uwagę - znowu angielski! (ja tak nawiązuję do założonego niedawno
wątku „Czy Anglicy anagramują lepiej od nas”). Jak się zapuści wyszukiwarkę
us.imdb.com/Nsearch , to dla słowa Elton wyszukuje 28 aktorów i 2 aktorki
oraz kilka garści kompozytorów, reżyserów, specjalistów od efektów specjalnych
itd. To jeszcze o niczym nie świadczy - ważniejsze jest co innego: Elton
występuje zarówno jako imię, jak i jako nazwisko. U nich są po prostu inne
zwyczaje językowe.

Zresztą na odmienności zwyczajów bazuje zadanie pani Aleksandry Tymienieckiej
(opublikowane w „Kalendarzu Rozrywki i Rewii Rozrywki” na rok 2002), w którym
pewien polski dziekan miał rozmieścić amerykańskich studentów w pokojach na
podstawie listu od swojego amerykańskiego odpowiednika, co skwitował słowami:
„Do diabła z tymi amerykańskimi zwyczajami, jedyna osoba o żeńskim imieniu to
pan sierżant piechoty morskiej”.

Tutaj (przy tworzeniu opisanych wyżej ciągówek) właściwie nie jest istotne
rozróżnienie płci, więc powyższe opisanie kłopotów dziekana potraktujcie
li tylko jako dygresję. Ale na tym różnica między nami a Ameryką się nie
kończy. Z tego, co słyszałem, można tam nazywać dzieci dowolnie. Jak chcesz dać
córce na imię Schwarzenegger albo Presley, to nikt nie zaoponuje. Tak więc
worek z imionami i worek z nazwiskami stale się do siebie upodabniają.

No i kolejna sprawa - odmiana, choćby przez przypadki. W języku polskim znów
znakomicie utrudnia tworzenie takich łańcuszków.
sven60 - spec od wszelkich tematów
sve60 to gość który jak mało kto zna się na wielu rzeczach. Ma rozległą wiedzę
na każdy temat. Potrafi pisać o rzeczach o którym zwykłym forumowiczom się nie
śniło. Bardzo skromna osoba. Naprawdę. A tak poważnie to oto cytaty pierwsze z
brzegu co sądzą o nim forumowicze:

sven60 napisał:
> No cóż..........powiem tak intuicja, a tak na poważnie jest w internecie
> strona z ciągle aktualizowanymi danymi o rozmieszczeniu radarów.
>
> ps( wejdź w google , następnie wpisz rozmieszczenie fotoradarów w Polsce i
> powinieneś znaleźć)

Sven60, skoro chcesz tak bardzo podeprzeć się danymi ze strony z
rozmieszczeniem fotoradarów w Polsce to proszę spójrz tutaj:
mobilne.net/index.php?strona=szukaj&szukaj=w%B3oszczowa&kategoria=
Opis dość dokładny, wraz ze współrzędnymi geograficznymi.

Sven60, błaźnisz sie z kazdym postem coraz bardziej. Uzywasz pojęć których nie
znasz znaczeń, anomia to nienormalnosc? pierwsze slysze! Jesli nie wiesz co to
jest anomia to sie wyedukuj troche najpierw zanim zaczniesz pisać. Anomia wg
Emile Durkheima, czy wg Roberta MErtona to stan dezorganizacji spolecznej, jeśli
oczywiscie cokolwiek mówią ci te nazwiska...bo z tego co widze , wątpie.

Więc skoro cenisz sven60, to tym bardziej powinno Cię obchodzić, że 'włazi" do
tej samej rzeki co liptovski, przez co jej/jego wiarygodność się zmienia

Sven60 możemy być z Ciebie dumni.
Pierwszy raz w historii napisałeś inteligentny post.
Boje się że ktoś Ci go podyktował.

Sven60 jakich Ty trudnych słów użyłeś, pewnie i tak nie masz pojęcia co one
znaczą..weź się chłopie do pracy.. i nie obrażaj więcej tu ludzi...bo dzisiaj
przegiąłeś wyzywając od buraków i obrażając ludzi ze wsi i na dodatek straszyłeś
prokuratorem!!

ven60 dziecko...za każdym razem kiedy czytam Twoje wypociny moje usta składają
się do śmiechu.. Powiedziałeś że targowisko jest we właściwym miejscu..
a powiedz mi dziecko jakie są kryteria lokalizacji targowiska według Ciebie ?
W centrum ? Może zrobimy u Ciebie na podwórku ? co ??

Całość na:

szukaj.gazeta.pl/szukaj/0,52001.html?VE_szukaj_a=sven60&ile=20&sort=data_desc&spojnik=and&forum=12540&poz=0&A_szukaj=tresc&x=0&y=0&zywe=2
O ja Cie krece !!!! to dziala idealnie
Wpisalem moje nazwisko - niezwykle rzadkie, unikalne rzeklbym w Polsce
i dostalem odpowiedz - dokladna !!!!
co do ilosci i rozmieszczenia nazwiska - wszystko moja rodzina

FASCYNUJACE !
wczoraj widzialem wystawe
amerykanscy weterani organizuja objazdowa wystawe: ofiary wojny w iraku.
Wczoraj zjechali do pobliskiego miasteczka. 1645 bialych krzyzy/nagrobkow
rozmieszczonych na trawniku community college. Organizatorzy ustawiaja rzedzy
nagrobkow, goscie moga umiescic na nagrobkach dane poleglych zamieszczone w
ksiedze ofiar sciagnietej z internetu. Wszedlem, pierwszy z brzegu nagrobek:
chlopak z czestochowy, dwa nagrobki dalej ktos ze lwowa. Zajrzalem do ksiegi
ofiar: bardzo duzo fotografii poleglych murzynow, wiele hiszpansko brzmiacych
nazwisk.
Obserwowalem reakcje gosci. Jeden powiedzial mi ze powolano go do wojska w
1962/3. Przed wyjazdem na 'basic training' jego zona zaszla w ciaze wiec na
tym to sie skonczylo. 'Jak nic wyslaliby mnie do wietnamu. Chcialem walczyc
za moj kraj. Wiadomo ze robilbym to co kazalby dowodca. Zreszta kto by tego
nie robil pod kulami. Gdybym przezyl to ze swiadomoscia ze popelnilem
zbrodnie. [My lai, on uzyl nazwiska dowodcy] to nie byl wajatek' (wolne
tlumaczenie).
Jeden chlopak, dwadziescia kilka lat, zastanawial sie ile jest tych
nagrobkow. 'Tylko tyle? Toz wiecej ludzi ginie tutaj w wypadkach drogowych'.
Inny chlopak chcial zobaczyc fotografie swojego kumpla. 'W szkole mial duzo
ciensza szyje; widac w wojsku zabral sie za body building'. Samotna, klepiaca
biede matka (znam ja osobiscie) wziela wolne z pracy i przejechala 40 mil w
jedna strone aby umiescic na jednym z nagrobkow dane o nieznanym jej
zolnierzu pochodzacym z tej samej miejscowosci w polsce.

Nie spalem ostatniej nocy. Moj mozg produkowal obrazy znanych mi cmentarzy
ofiar drugiej wojny swiatowej, mieszal je z wystawa i budzil z drzemki.
Kolatalo mi sie nazwisko jednego z poleglych: jelonek. Do wczoraj kojarzylem
to slowo z niewinnoscia, swoboda i perspektywami na przyszlosc.
Moj herb, odnotowany w dokumentach, to Ogonczyk czyli pra-polski herb
Powala. Jako niezwykly przywilej bylo mi dane wczesniej w tym roku
przeczytac prace naukowa przygotowana dla magazynu historycznego
Mowia Wieki. Mondrusia, prywatnie moja malzonka, przygotowala nawet
"znak firmowy" oparty na heroicznym herbie Abdank i ten znak zostal
wklejony do rewelacyjnej mapy historycznej, ktora jest w stanie
zmienic rozumienie historii wczesnej historycznie Polski. Chodzilo o
to by zaden kacap, zaden nieuczciwy polski historyk, nie mogl ukrasc
tej mapy i sprzedac za swoja. Praca naukowa jak i owa mapa jest
dzielem osoby o nazwisku kazdemu w Polsce znanym i ja nie jestem
upowazniony by ta osobe tu wymienic. Rozumiem, ze owa rewelacyjna
praca naukowa nie znalazla sobie miejsca do tej pory w owym pismie
hostorycznym i ja namawiam Autora do publikacji gdzie indziej, gotow
jestem nawet sam sprobowac ja tlumaczyc.

O co tu chodzi? Chodzi o to, ze Boleslaw Smialy nie tylko sprowadzil
druzyne Waregow z Kijowa w 1033r, co jest faktem znanym. On sam jak i
jego zstepni, uzyli owych doskonalych wojownikow jako jadro swej
armii, jej kadry dowodcze. Waregow rozmieszczono w newralgicznych
punktach Piastowskiego Panstwa. Potwierdzaja to dzisiaj najnowsze
wykopaliska archeologow, np znaleziska grobow skandynawskich na
niedalekim przeciez od Kujaw Polwyspie Lednickim. Moj Autor idzie
dalej: on bada genetyke szlachty i buduje z jej normanskiego
skladnika swoja cenna mape. Jestem przekonany, ze z czasem znajdzie
Autor rowniez Normanow w Bydzi i okolicach. Wszak tutaj byla rubiez
obronna pko zaborczym Krzyzakom Panstwa Piastow. Kunigesburg
Bydgoscz, Krolewski Grod Piastowy, stal koscia w gardle krzyzackich
komturow.

Niech mi wybacza czytelnicy co szlacheckich korzeni nie maja. Tutaj
nie chodzi o jakies idiotyczne wynoszenie zaslug szlachty. Wprost
przeciwnie, ja osobiscie uwazam ze to szlachta Polske zgubila. Tu
chodzi o prosty fakt, ze szlachecka warstwa byla notowana w ksiegach
ziemskich, koscielnych i innych czesto od zarania istnienia tego
kraju. Nikt dzis nie wie ilu chlopow polskich zginelo w Bitwie pod
Grunwaldem, ktora dla etnicznych mieszkancow tych ziem byla bitwa o
wszystko. Ale juz wiemy z Dlugosza, ze 3 pulki smolenskie, gdzie moi
z pewnoscia sluzyli, tam byli i dzielnie sie spisali zaslugujac na
pochwale samego Jogaily.
Tak wiec istnieje mozliwosc sporzadzenia mapy sily obronnej kraju w
ostatnim tysiacleciu, jesli zbadamy genotyp post-szlacheckich
mieszkancow np Kujaw i wyluskamy z mrokow Historii miejsca osadzenia
ich przodkow.

No i wtedy sie okaze, kogo Waregowie Kunigasa Kazka Wielkiego
prowadzili pko wrednym torunskim Krzyzakom.
Generalnie nktalk, nie jest czymś co może z powodzeniem konkurować z gg, jest zbyt słaby, nie ma prawie żadnej opcji, nie jest wygodny w użytkowaniu (zawartość archiwum w chmurze ok, kontakty w chmurze ok ale czemu nie jest instalowany i nie działa tak jak normalny program) bardziej to przypomina webGG.

Druga kwestia to identyfikator, nk nie miała wyjścia i każdy w tym produkcie jest podpisany z imienia i nazwiska, nie można edytować pseudonimów, nie można grupować kontaktów. Wygląda jak jakiś nic nieznaczący dodatek na witrynie, niewygodnie rozmieszczone przyciski. Brak swodobnego dodawania znajomych, muszą być oni znajomymi na portalu.

To są rzeczy które między innymi pogrzebią ten projekt jako pogromcę gg. By taki powstał trzeba chwilę pomyśleć i zastanowić się co jest tak na prawdę siłą przebicia gg?

Może to prostota obsługi, może to są numerki a nie konkretne loginy (łatwość w przeszukiwaniu i i zawieraniu nowych znajomości - ot tak nie trzeba wiele kombinować wystarczy numer, jak w komórce). To są także ładne emotikony, których nie ma chyba żaden światowy komunikator, które są z nami od lat i nie sposób jest z nich zrezygnować, trzeba wymyślić coś równie dobrego.

Podsumowując (choć chciałbym napisać więcej) temat monopolu gg na polskim rynku jest jak dominacja Adidasa w branży odzieżowej. Ktoś wpadł na pomysł jak ją przełamać, dając ten sam produkt ale odświeżony, korzystający z pomysłów monopolisty i wzbogacający go nowe opcje, odpowiednio rozreklamowany (Michael Jordan - lokomotywa Nike) potrafił wygrać tą rywalizację. Także następna dekada to tylko kwestia czasu gdy powstanie coś równie dobrego jak GG, ale nie będzie nim z pewnością NKtalk ani żaden jabber, coś zupełnie nowego.
Niektore z prywatnych spostrzezen
W latach 80-tych w Polsce, jaruzelsko-patriotyczna telewizja i inne srodki
propadandy, w kolko powtarzaly informacje o demonstracjach antywojennych w
zachodniej Europie, przeciwko amerykanskim wojskom tam, a zwlaszcza przeciw
uzbrojonym w glowice nuklearne Pershingom i Cruise'om. Medialni harcownicy
Jaruzelskiego w kolko powtarzali nam jaki to imperialistyczny jest zachod,
zwlaszcza USA i ich "kompleks militarno-przemyslowy". Patrzcie jacy sa
agresywni! Patrzcie! Zainstalowali w Europie Pershingi 2 i Cruise! Czolowi
amerykanisci Jaruzelskiego - postanowilem pominać nawet dzis dobrze znane
publicznie nazwiska z wierchuszki SLD/LiD - sie w obrzucaniu USA blotem.
Wszystko z powodu instalacji Pershingow, ktore staly sie synonimem NATO-wskiego
imperializmu i dażenia do wojny.

Tylko taki drobny niuans - nikt nie zajaknal sie nawet o ty, ze Pershingi i
Cruise byly zaledwie odpowiedzia na wczesniejsze rozmieszczenie w NRD rosyjskich
pociskow. Te ostatnie kompletnie nie istanialy w swiadomosci spolecznej Polski.

I spostrzezenie drugie, a'propos tych owczesnych wspieranych i czesto
finansowanych z budzetu KPZR i KGB, protestow na zachodzie przeciwko
Pershingom... Mam nieodparte skojarzenie, z aktualnym sprzeciwem europejskiego
lewactwa przeciwko programowi obrony antybalistycznej. Podobnie jak wowczas nie
docieraly do nich argumenty, ze ZSRR juz rozmiescil sowje pociski sredniego
zasiegu, tak dzis nie slabo przebijaja sie naukowe, wojskowe i polityczne
argumenty przemawiajace za koniecznoscia obrony. Owczesne zaslepienie lewakow
pozwalalo dostrzegac amerykanskie glowice w Ramstein, ale juz nie rosyjskie 300
km dalej, po drugiej stronie Laby. Z bardzo podobna sytuacja mamy do czynienia
dzisiaj.
strzelec51 napisał:

> Oczywiscie, ze Lwow i Wilno byly miastami polskimi, a juz na pewno
> spolonizowanymi, ja zas dopuscilem sie slownego niechlujstwa. Piszac, ze
Polacy
> stanowili zawsze mniejszosc mialem na mysli Kresy jako region a nie te dwa
> miasta. W tej akurat sprawie nie musisz mnie do niczego przekonywac -
napisalem
> natomiast "bronislawowi", zeby wybil sobie z glowy jakiekolwiek pomysly z
> rewizjami granic z Ukraina bo do tego Polska nie ma praw. Co do mnie jestem za
> znoszeniem granic a nie za ich zmienianiem.

Przed wojna Polacy stanowili 39,5% ludnosci Kresow. Jesli odjac od tego 10%
Zydow, to latwo mozma zauwazyc, ze bylismy tam tak samo liczni jak Slowianie
wschodni. Problem polegal na rozmieszczeniu grup etnicznych. Bylo ono takie, ze
praktycznie uniemozliwialo wytyczenie jakiejkolwiek granicy wzdluz linii
etnicznych. Na jednych terenach wiekszoscia byli Polacy, a na innych
Bialorusini lub Ukraincy. Granica Traktatu Ryskiego nie byla najszczesliwsza
gdyz pozostawiala po stronie polskiej mniejszosc ukrainska szczegolnie na
Wolyniu zachodnim i mniejszosc bialoruska na Polesiu zachodnim. Jednak po
stronie sowieckiej pozostawiala wiekszosc polska na Wolyniu wschodnim,
Minszczyznie i okoliach Slucka i Kamienca Podolskiego. Byla jednak granica
uznana przez caly swiat i taka powinna zostac. Nawet Gorbaczow probowal cos na
ten temat zrobic, ale nie znalazl kompletnie zrozumienia owczesnego polskiego
rzad i prezydenta Walesy. Niektorzy "Polacy" (nazwisk nie bede tu wymienial!)
tak sie przestraszyli propozycji Gorbaczowa, ze pojechali do Moskwy i blagali
go (pewnie na kolanach) aby nic w tej sprawie nie robil. Chcialbym tylko
zobaczyc jak w podobnej sytuacji zachowaliby sie Niemcy. Z pewnoscia
wykorzystaliby ja w 100%. Osobiscie odebranie nam Wilna i Lwowa przez Stalina
uwazam za zbrodnie, ktora stanowczo powinna byc naprawiona.
rijselman12.0 napisał:

> Uspokoiles sie?-Fajnie...-Milo mi,ze ze ze
szkalowania "podniosles" mnie krytyki.Slowo "klamstwo"jakos nie
przechodzi przez gardlo (tudziez ponad 80% wyznajacych i 500000
tysiecy Polakow w Pikardii)).

Wedlug prac historykow oto jak wygladalo rozmieszczenie imigrantow
polskich w 1931.
i152.photobucket.com/albums/s182/athos22/image-1.jpg
wiec jak mozna latwo policzyc nie mylilem sie zupelnie.Ilosc
Francuzow uwazajacych sie za chrzescijan wynosi 82% wedlug IPSOS
(2001).
Historie imigracji polskiej opisal w trzech ksiazkach Alain Szelag
www.beskid.com/szelong2.html
poswiecajac je swojemu dziadkowi przybylemu do Francji po 1919.

Normalnie istnieje w tej chwili ponad 2 miliony Fracuzow majactch w
zylach krew polska.Ale oni sie tak zaasymilowali ze wiekszosc nie
mowi po polsku i nie umie poprawnie wymowic swojego nazwiska(ktorego
jednak nie zmienia) przyklad moj garazysta
i152.photobucket.com/albums/s182/athos22/image0-4.jpg

Przyznaje,ze "ponioslo" mnie w zdaniu".. wiec
kasuje z mojego tekstu slowo klamstwo i zamieniam je na
nieporozumienie.

...
> PS Nie zrozumialem zdania o Kongresie i czlonkach FN... To moja
wina zaczelem pisac na Forum Nauka (czyli FN) jestem z zawodu
energetykiem wiec spotkalem sie na Kongresie Zawodowym z jednym
forumowiczow ktory tez pisze na FN stad dowiedzial sie ze
pisze duzo lepiej po polsku niz mowie(akcent niestety) i ze matka
mojej zony mowi po polsku.

Piszesz ze
Pikardia jest piekna,.
Zgoda oto male zdjecie zrobione niedaleko mojego domu
i152.photobucket.com/albums/s182/athos22/DSCN1459001.jpg
moj pies sie nazywa Atos ale boje sie ze drzewa owocowe diabli
wezma gdy beda przymrozki.
pistulka2 napisał:

>Polecam Bundeswehre, sa tam specjalne jednostki dla slabo mowiacych po
>niemiecku, oficerowie znaja polski jak i tzw. slaski.

No .. ja bym nie napisal specjalne ...bo to sie moze zle kojarzyc
jak w stylu szkoly specjalnej.

>Przy okazji mozna sobie poprawic znajomosc niemieckiego, zapoznac sie z
>nowoczesna technika, zrobic prawojazdy.

Nauka jezyka/ prawo jazdy ..Tak tu sie zgadzam ...
jednak nie liczylbym na to ze akurat rekrutow z Polski
wychowanych w Polsce , slabiej mowiacych po Niemiecku
i najczesciej wracajacych po sluzbie do Polski dopusci
sie do "nowoczesnej" techniki

Maja taka sama przerwe w zyciorysie jak i odbywajacy sluzbe w Pl
z tym ze na urlopik nie wpadna tak latwo do domu...gdzie
przecietny niemiecki zolnierz na weekend idzie do domu.
(Idzie bo najczesciej dostaje przydzial w najblizszej okolicy)

Ale to ich wybor i ich problemy ..wiec nie ma co rozpaczac.
bo to nie jest tak ze ich cos minelo a Polakow nie.
( no chyba ze sluzba w PL trwa dluzej...nie wiem)

Zaleta tego systemu jest fakt ze nie czujacy sie Polakami
i potencjalni informanci obcych wywiadow nie poznaja struktury armi
wyposarzenia dowodcow , kodow i wszystkiego co do tego nalezy..
Znalem kiedys pewnego Aussiedlera ze Zwiazku Radzieckiego ( w tym czasie
jeszcze) ktory sie tym chwalil ze zapytany o wspolprace chetnie sie zgodzil
..no i chodzil na "rozmowy" i opowiadal wszystko co wiedzial
nazwiska dowodcow , slabosci i zainteresowania poszczegolnych oficerow,
rozmieszczenie jednostek ,system kodyfikacji i oznaczania pojazdow i samolotow
( sluzyl na lotnisku) ...i dostawal normalnie stawke godzinowa za godzine
opowiadania;)))

Tak wiec potencjalni klienci ... nie czujacy zadnej wiezi z Polska
nie powinni nawet odbywac sluzby w Polskiej armii ...takie jest moje zdanie.

A ze komendant WKU sie pienil .... jasne ze on musi wykonac norme i zagnac do
woja iles tam chlopa ..i kazdy ktory mu przez palce przeszedl jest dla niego
porazka ..
Podobne miny maja Niemieccy komendanci ktorym poborowi oglaszaja ze chca
odrabiac wojsko ... bo maja prawo wyboru.

Wlasciwie to ciekawe czy Niemcy z Polski moga odrabiac wojsko w BRD ???
braid napisał:

>Nauka jezyka/ prawo jazdy ..Tak tu sie zgadzam ...
>jednak nie liczylbym na to ze akurat rekrutow z Polski
>wychowanych w Polsce , slabiej mowiacych po Niemiecku
>i najczesciej wracajacych po sluzbie do Polski dopusci
>sie do "nowoczesnej" techniki

A czemu by nie, jednostki sa mieszane z Niemcow zagranicznych i miejscowych.

>Maja taka sama przerwe w zyciorysie jak i odbywajacy sluzbe w Pl
>z tym ze na urlopik nie wpadna tak latwo do domu...gdzie
>przecietny niemiecki zolnierz na weekend idzie do domu.
>(Idzie bo najczesciej dostaje przydzial w najblizszej okolicy)

Z Berlina czy Görlitz nie jest daleko a przy niemieckim zoldzie i na weekendowy
wypad z panieka jeszcze starczy.

>Zaleta tego systemu jest fakt ze nie czujacy sie Polakami
>i potencjalni informanci obcych wywiadow nie poznaja struktury armi
>wyposarzenia dowodcow , kodow i wszystkiego co do tego nalezy..
>Znalem kiedys pewnego Aussiedlera ze Zwiazku Radzieckiego ( w tym czasie
>jeszcze) ktory sie tym chwalil ze zapytany o wspolprace chetnie sie zgodzil
>..no i chodzil na "rozmowy" i opowiadal wszystko co wiedzial
>nazwiska dowodcow , slabosci i zainteresowania poszczegolnych oficerow,
>rozmieszczenie jednostek ,system kodyfikacji i oznaczania pojazdow i samolotow
>( sluzyl na lotnisku) ...i dostawal normalnie stawke godzinowa za godzine
>opowiadania;)))

To byla normalka przed 1989, a czemu by nie.

>Tak wiec potencjalni klienci ... nie czujacy zadnej wiezi z Polska
>nie powinni nawet odbywac sluzby w Polskiej armii ...takie jest moje zdanie.

To mozna bylo by wprowadzic, ciekaw jestem wyniku.
Jadnak ja sie nie myle Polska i Niemcy sa w NATO, wiec w czym problem?

>A ze komendant WKU sie pienil .... jasne ze on musi wykonac norme i zagnac do
>woja iles tam chlopa ..i kazdy ktory mu przez palce przeszedl jest dla niego
>porazka ..
>Podobne miny maja Niemieccy komendanci ktorym poborowi oglaszaja ze chca
>odrabiac wojsko ... bo maja prawo wyboru.

Nie bolalo go to, ze czmychna ale jak to zrobil.

>Wlasciwie to ciekawe czy Niemcy z Polski moga odrabiac wojsko w BRD ???

Sprawa jest jasna, Niemcy z Polski sa obywatelami Niemiec. Fakt ten wynika z
braku traktatu pokojowego miedzy Polaka a Niemcami po IIWS.
Nigdy nie nastapila cesja Slaska od Niemiec. Z cesja jest zwiazana zmiana
obywatelstwa ludnosci danego terytorium.
Gość portalu: rafal napisał(a):

> cd. Pytanie powtarzam: przed czym WLASCIWIE Pulkownik obronil Polske?
> A ty odpowiedz.

OK, jeszcze raz:()

Stany Zjednoczone byly w latach PRL jedynym mocarstwem, ktore stawialo sobie za
cel uwolnienie krajow ujarzmionych sposobami pokojowymi. Polsce zagrazala
Rosja, a nie Ameryka. Smiertelne zagrozenie tkwilo w ideologii marksizmu-
leninizmu, ktora nakazywala dozenie do zwyciestwa komunizmu w skali globalnej.
Ideologia narzucala plany i przygotowania do wojny napastniczej, ktora miala
doprowadzic do obalenia kapitalizmu. Sowieckie plany operacyjne grozily Polsce
totalna zaglada. Przewidywaly blyskawiczne uderzenie na Europe Zachodnia, bez
jakichkolwiek przygotowan, silami rozmieszczonymi w Niemczech Wschodnich i w
Polsce. Calkowite zaskoczenie przeciwnika mialo zapewnic sukces. Wojska polskie
mialy zajmowac Danie, a polski zolnierz mial przelewac krew zdobywajac
Kopenhage. Za tym pierwszym uderzeniem mial przejsc tak zwany drugi rzut
strategiczny, zapewniajacy Sowietom miazdzaca przewage i szybkie dotarcie do
Atlantyku. Przez Polske mialy sie przewalic z Rosji dwa miliony wojska. Nie
trzeba byc strategiem, by uswiadomic sobie, ze NATO moglo zapobiec klesce tylko
przez uderzenie nuklearne, ktore zniszczyloby szlaki komunikacyjne biegnace
przez Polske. Grozilo jej 600 uderzen pociskami nuklearnymi, ktore zamienilyby
kraj w radioaktywna pustynie. Sowieckie przygotowania do wojny wymagaly
wspoldzialania z polskim sztabem. Czy czlowiek, ktory z tytulu swych obowiazkow
sztabowych musial te plany znac i usilowal je udaremnic, ostrzegajac przed nimi
Stany Zjednoczone, ma byc przykladem bohaterstwa czy zdrady?
Na szczescie Moskwa cofnela sie przed ryzykiem wojny. Polska natomiast stanela
w latach 1980-1981 w obliczu grozby sowieckiej inwazji z udzialem wojsk Niemiec
Wschodnich i Czechowskowacji. W kierownictwie partii dzialala wowczas grupa
autentycznych zdrajcow. Zabiegali oni potajemnie o wprowadzenie wojsk
sowieckich, ktore nie tylko zniszczylyby Solidarnosc, ale mialy obalic takze
istniejace wladze partyjno-rzadowe i oddac je w ich rece. Byl to akt zdrady nie
tylko wobec wlasnego kraju, ale takze wobec wlasnej partii. Kuklinski wymienil
ich po nazwisku. Byli to: Stefan Olszewski, Tadeusz Grabski, Stanislaw
Kociolek, Andrzej Zabinski i kilku pomocniczych, a wojsku – gen.Eugeniusz
Molczyk, gen.Wlodzimierz Sawicki, gen.Tadeusz Krupski i inni. Informacje te
znalazly pelnie potwierdzenie w relacji prof.Manfreda Wilkego przed Sejmowa
Komisja Odpowiedzialnosci Konstytucyjnej.
Targowiczanie utrzymywali potajemne kontakty z ambasada sowiecka w Warszawie, z
marszalkiem Anatolijem Kulikowem i jego przedstawicielem Atanasijem
Szczegolowem. Spiskowali z Honeckerem, Husakiem i Ziwkowem.
Spór Polaków z muzułmanami w Hamtramck
Spór Polaków z muzułmanami w Hamtramck

Muzułmanki przed polskim sklepem w Hamtramck
Fot. PAUL SANCYA AP

Bartosz Węglarczyk, Waszyngton 22-04-2004, ostatnia aktualizacja 22-04-2004
20:39

Czy muzułmanie mają prawo nawoływać do modłów przez megafony? Mieszkańcy
zdominowanego przez polskich imigrantów miasteczka Hamtramck pod Detroit są w
tej sprawie bardzo podzieleni.

czytaj dalej »
r e k l a m a

Rada miejska Hamtramck wyłączyła miejscowe meczety z wymogu zachowania ciszy.
Dzięki temu mułłowie będą teraz pięć razy dziennie wzywać wiernych przez
megafony do modłów. Wielu mieszkańców - w tym lokalni działacze Polonii -
jest jednak oburzonych.

Przesłuchanie rady miejskiej w sprawie megafonów szybko zamieniło się w
awanturę, która obudziła zainteresowanie mediów w całej Ameryce. Organizacje
praw obywatelskich obserwowały debatę w tym małym miasteczku jako sprawdzian
wolności słowa i religii w kraju prowadzącym wojnę z islamskim terroryzmem.

- Sprzeciwiam się wydawaniu zgody na używanie megafonów, ponieważ wezwanie
zawierała stwierdzenie o Allahu jako jedynym Bogu - tłumaczył członkom rady
miejscowy działacz polonijny Bob Golen. - To wywyższanie jednej religii nad
inne.

Ale muzułmanie - którzy zaczęli się sprowadzać do Hamtramck w ostatniej
dekadzie - przedstawiali konflikt jako niezwiązany z religią. - Jako
obywatele USA mamy prawo do swobodnego wyznawania naszej religii - mówił
biznesmen i lider muzułmańskiej społeczności Adul Alguzali. Gdy próbował
recytować wezwanie do modłów po arabsku, zdenerwowana chrześcijańska część
sali krzyczała: "Naucz się mówić po angielsku!".

Przeciwnicy megafonów podkreślają, że łamią one lokalne przepisy o ciszy w
miejscach publicznych. Wielu mieszkańców twierdziło, że nie obchodzi ich
treść nawoływań, lecz jedynie hałas, jaki powodują głośniki rozmieszczone na
wysokich wieżach meczetów.

Setki dziennikarzy, którzy zjechali z całego kraju, by przyglądać się
debacie, nie miało jednak wątpliwości. Redakcja dziennika "Detroit Free
Press" nazwała debatę "sporem o tolerancję religijną".

W liście do redakcji Bob Golen, jego żona oraz inna działaczka polonijna
rzeczywiście przyznali, że sprzeciwiają się muzułmańskim nawoływaniom do
modłów z powodów religijnych: "Treść nawoływania do modłów stoi w
sprzeczności z naszą wiarą". Autorzy listu odrzucili również argument
muzułmanów porównujących swe głośniki do kościelnych dzwonów: "Dzwony
wybijają godziny, a nie są wezwaniem do modlitwy".

Obawiając się potępienia ze strony mediów i organizacji obywatelskich, władze
Hamtramck za wszelką cenę próbowały przedstawić konflikt jako zwykły spór o
przestrzeganie lokalnych przepisów. - To bzdura, że chodzi to o jakiś
antyislamizm - mówi przewodniczący miejskiej komisji historycznej Greg
Kowalski. - To sprawa hałasu i niczego więcej.

- Nasz kraj został zbudowany na zasadach judeochrześcijańskich - mówiła
jednak podczas burzliwej debaty w radzie miejskiej mieszkanka Mary Urbanski.
Lokalny biznesmen Gabriel Alaziz, wychodząc z sali, powiedział reporterom,
że "nigdy nie przypuszczał, iż muzułmanie są tu tak nienawidzeni".

Rada miejska ostatecznie wydała meczetom zgodę na używanie głośników,
wyłączając ich tym samym - podobnie jak kościoły katolickie - z przepisów o
hałasie. Mułłowie zobowiązali się jednak, że nie będą nawoływać do modłów
przed 6 rano i po 22 wieczorem.

Hamtramck jest doskonale znane polskim imigrantom, których miliony przewinęło
się przez to niewielkie miasteczko - dziś już całkowicie wchłonięte przez
Detroit. Znajdujące się w pobliżu montownie samochodów przez cały XX wiek
przyciągały przybyszy z Europy. Jeszcze w połowie lat 90. Hamtramck był
zdominowany przez Polaków - dlatego właśnie papież Jan Paweł II odwiedził
Hamtramck podczas swej pielgrzymki do USA w 1987 r.

W ciągu ostatnich dziesięciu lat do miasta zaczęli jednak przybywać imigranci
z Bliskiego Wschodu oraz muzułmanie z Albanii i Bośni. I chociaż Polacy nadal
dominują w lokalnej polityce (na czele rady miejskiej stoi polityk o swojskim
nazwisku Majewski), muzułmanie powoli stają się największą siłą biznesową w
mieście.

serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34180,2035333.html
Drzewko gdybań
Czasem zdarza się tak, że zadanie byle jakie od strony warsztatowej staje się
bardziej angażującą rozrywką niż inne, dopracowane i dopieszczone.

Dobrym przykładem są zadania logiczne (obserwatorzy, rozmieść liczby, ukryty
rysunek, deduktomino etc.). Ładne zadanie to takie, gdzie daje się wyciągać
wnioski i sukcesywnie przybliżać się do rozwiązania jak po nitce do kłębka.
W takim "ładnym" zadaniu autor świadomie ukrywa pewne wskazówki, wczuwa się
w rolę rozwiązującego, który pewne zależności powinien i *ma szansę* wyłapać.
Najprostszym przypadkiem takiej świadomie poczynionej wskazówki (i po prawdzie
nadużywanej) jest narożne pole w wypustkach, do którego można dotrzeć tylko
od jednej liczby. Albo dwa narożniki w deduktominie, gdzie w jednym rogu jest
3 sąsiadujące z dwiema 4 (a więc musi być to kamień 3-4, choć jeszcze nie
wiadomo, jak ułożony), a w innym rogu 4 sąsiadujące z 3 i 6 (natychmiastowy
wniosek: musi tu być kamień 4-6, bo 4-3 jest już gdzie indziej).

Czasem zdarza się jednak zadanie, które wprawdzie ma jedno rozwiązanie,
ale nie dające się odkryć takimi krokami. Trzeba robić założenia na tak
i na nie, potem następne, rozgałęziać drzewko gdybań dla wyeliminowania
poszczególnych odnóg rozumowania, a wszystko to razem czaso- i papierochłonne.
Na pewno nieraz zetknęliście się z takim ukrytym rysunkiem (malowane liczbami)
w którym nic nie chciało się kleić. Zniechęcające, prawda, ale czy zawsze?
Twierdzę, że niekoniecznie. Kiedy w "Wiedzy i życiu" były zadania eliminacyjne
Łamigłówkowych Mistrzostw Polski, nad jednym takim blokowiskiem przesiedziałem
kilkanaście godzin, wciąż na nowo przerysowując poszczególne etapy i zdobycze.
I wcale nie uważam tamtego czasu za zmarnowany. To było wspaniałe dochodzenie.

Zdarzają się też i inne, "nielogiczne" zadania, które pasują do tego wątku.
Choćby klasyczna jolka (obecnie: jolka TM). Pamiętam po dziś dzień taką jedną,
w której - a były to jakieś Technopolowe eliminacje - redakcja celowo, jak
mniemam, pozmieniała autorowi objaśnienia na bardzo ogólne. Nie pamiętam
konkretów, ale było to mniej więcej "kraj w Europie", "kamień szlachetny",
czyli na każde określenie można było wymyślić całe mnóstwo wyrazów - a to
była jolka! (tu akurat jolka-szyfr). Po kilku dniach prób ugryzienia tego
zadania wykombinowałem wreszcie rzecz niemal genialną: zauważyłem,
że w mniej więcej tym samym czasie w innych czasopismach temu samemu autorowi
opublikowano dwa zadania z rozwiązaniami wziętymi z Bułatowicza. Przymierzyłem
to nazwisko do szyfru i to było własnie to! (jakież było moje rozczarowanie,
kiedy się okazało, że już ktoś inny rozwiązał tę jolkę przede mną!).

Jest zatem coś dziwnego - najrozmaitsze wady (kiepskie objaśnienia, brak
wczucia się autora w rolę rozwiązującego, może nawet błąd w zadaniu, itp.)
paradoksalnie podnoszą atrakcyjność zadania. Czy zgodzicie się z takim
twierdzeniem?
Są lata 80 powstaje "Solidarność. Komuniści zaczynają zdawać sobie sprawe że system komunistyczny upada (również ekonomicznie). Zaczynają się gorączkowe poszukiwania rozwiązania tego problemu. W porozumieniu z Moskwą nadchodzi rozwiązanie. Trzeba dać ludziom pozorowaną wolność, podczas gdy u steru władzy pozostaną ci sami ludzie lub ich kontynuatorzy. Zawiązuje się tajne porozumienie między częścią kierownictwa "Solidarności", a aparatem komunistycznym. Niewygodni działacze zostają zepchnięci przez służby na boczny tor, następuje torowanie drogi do władzy nad związkiem wcześniej "ułożonych" przez SB-ecję ludzi. Na czele "Solidarności" staje Lech Wałęsa (pseudonim operacyjny "Bolek"). Następuje pozorowane porozumienie "Solidarności" z władzami PZPR. Po akceptacji Moskwy zostaje zawiązany plan zorganizowania "Okrągłego Stołu".
Ludzie w zdumieniu odzyskują wolność, jednak nie wiedzą jeszcze, że jest to pozorowana wolność. W rzeczywistości jest to kontynuacja dawnego systemu w "nowym opakowaniu" dostosowanym do realiów epoki kapitalizmu. Gwarantem tego jest tajne porozumienie w Magdalence, w której to czołowi działacze "Solidarności" na czele z Lechem Wałęsą, Tadeuszem Mazowieckim i Panem Geremkiem dosłownie sprzedają Polskę komunistom. Następuje rozmieszczenie w elitach biznesowo-politycznych nomenklatury komunistycznej. W międzyczasie gen. Jaruzelski prosi o specjalny protektorat Moskwy dla dwóch osób. Podaje nazwiska: Kwaśniewski i Miller. W dalszym ciągu trwa grabież majątku narodowego przez ludzi nazywanych już "postkomunistami". Na drodze staje jednak rząd Olszewskiego, pałający zamiarem przeprowadzenia lustracji i PRAWDZIWEJ dekomunizacji. Na posiedzeniu sejmu po raz pierwszy padają słowa że Wałęsa był agentem SB. Szybko z inicjatywą wychodzi KLD, Jan Maria Rokita składa wniosek o rozwiązanie Rady Ministrów. Dalej inicjatywę przejmuje Lech Wałęsa, następuje tajna narada m.in. Lecha Wałęsy, Tadeusza Mazowieckiego, Donalda Tuska i niczego nie świadomego Waldemara Pawlaka. Wieczorem rząd Olszewskiego zostaje obalony, lustracja wstrzymana.
Polska ponownie wpada w "szpony" agentury. Gospodarka w dalszym ciągu jest uzależniana przez ogromne wpływy ludzi wywodzących się z PZPR-u. Mijają lata. Następuje hegemonia władzy SLD, premierem zostaje wcześniej wspomniany Leszek Miller. Na prezydenta wybrany zostaje Aleksander Kwaśniewski. Zmanipulowane społeczeństwo nie zdaje sobie sprawy, że w dalszym ciągu realizowany jest plan z Magdalenki. Mija kolejna kadencja rządu zabójcza dla społeczeństwa polskiego. 2/3 Polaków żyje już na skraju nędzy. Jednak cofnijmy się o parę lat. Wybucha afera "Rywina", afera "Orlenu", afera "PZU", społeczeństwo powoli uświadamia sobie że zostało oszukane. Postkomuniści wpadają w popłoch, w pośpiechu tworzą nowe partie w nadzieji że Polacy ponownie dadzą się oszukać. Do akcji wkraczają media w lwiej części opanowane przez wpływy nomenklatury komunistycznej. Plan po części się udaje; SLD jest w parlamencie, jednak nie do końca. Wybory miało wygrać PO, spadkobierca Unii Wolności, składające się z ludzi KLD i UD. To na nich właśnie liczyli postkomuniści, wiedzieli bowiem że są to "ich ludzie" z którymi w dalszym ciągu będzie można się dogadać.
Ostatnia szansa na zablokowanie przemian: WYBORY PREZYDENCKIE. Wpływowa nomenklatura komunistyczna uruchamia media i wszelkie środki manipulacji. Jeden po drugim przekazują poparcie człowiekowi, który zagwarantuje im bezpieczeństwo. To ich ostatnia szansa. Kolejno Wałęsa, Borowski, Miller, Mazowiecki, Frasyniuk, a za nimi nasępni deklaryją poparcie dla Donalda Tuska, niektórzy z nich są jednak bardziej ostrożni, gdyż wiedzą że reprezentują środowiska, które w społeczeństwie mogą wzbudzić niepokój, efektem tego jest zapowiedź Kwaśniewskiego i Olejniczaka, że na "na pewno niepoprą Kaczyńskiego". Mimo wszystko Kaczyński wygrał wybory. Ostatnią szansa postkomunistów na zablokowanie zmian jest, albo ugięcie się PiS (co nie wchodzi w gre ponieważ PiS pokazał że nie pójdzie na porozumienie z "układem"), albo przedterminowe wybory i na tą drugą opcję liczy PO ze swoimi poplecznikami, blokując i przedłużając powstanie rządu. Media również robią swoje usiłując za wszelką cenę skompromitować PiS, co jest już przygotowaniem do z góry zaplanowanego scenarisza, a jest on taki "w następnych wyborach musimy mieć w sejmie większość". Pytanie tylko czy naród da się na to nabrać, OBY NIE..

~Dart, 2005-10-28 16:00

Jedna z wersji foruowicza na onet.
jak i gdzie szukac
czyli pytanie zadawane najczesciej przez tych, co to jeszcze siedza w Polsce..
Prawda jest taka, ze z praca roznie bywa. Jest jej na prawde duzo, ale nie
wystarczy ja znalezc. Trzeba tez miec szczescie.. Znam przypadki, ze ktos
znajac jezyk mial takiego pecha, ze przez 3 mieiace szukal pracy. Ale sie nie
poddawal, i znalazl! :)
Wiec jak jej szukac?
Mysle, ze napopularniejsze sa te 4 metody:
A) JobCentra
B) agencje pracy (posrednicy na miejscu)
C) na 'wlasna reke'
oraz D) wyszukanie w Polsce poprzez posrednika i wyjazd.

Jesli chiodzi o D to nie bede sie tutaj rozpisywal, poniewaz jest juz chyba
wystarczajaca duzo informacji na forum PRACA W EUROPIE, tak tez wszystkich
zainteresowanych odsylam tak. Jesli chodzi o pozostale mozliwosci - postaram
sie napisac troche wiecej!

A - czyli popularne, jasnozielone JOBCENTRE.. Chyba kazdy, kto mial okazje byc
w Anglii, nawet majac prace mial okazje, chocby z czystej ciekawosci zajrzec
tam.. Punkty te sa bardzo dobrze rozmieszczone, znajdziemy je w kazdym miescie,
a w wiekszych, takich jak Glasgow jest ich prawie 80.. :) Gdy zawitamy do
JobCentre prawdopodobnie udamy sie do JobPoint'u - stanowiska z ekranem
dodytkowym, gdzie mozemy przeszukiwac stanowiska wedlug wielu kryteriow -
takich jak np. 'swierzosc' ogloszenia, lokalizacji (b. zaawansowane), rodzaju
pracy, a nawet jakie zmiany nas interesuja etc.
Jesli juz znajdziemy cos dla siebie, wystarczy wcisnac PRINT, i juz na
karteczce z JobPointu wyjezdza nam oferta pracy. Z nia idziemy albo do
pracownika, a czesciej do telefonu. W kazdym JOBCENTRE znajduja sie telefony do
uzytku publicznego - mozemy dzwonic z niego do pracodawcy (o ile mamy podany
numer), lub JobLine - pracownik poda nam szczegoly, umowi na Interview lub
wysle ApliccationForm. Mozemy dzwonic z nich rownierz AWARYJNIE do kogos
znajomego - po nacisnieciu '9' wybieramy numer.
Wazne, aby wpierw jednak zarejestrowac sie w JOBCENTRE - musimy miec paszport
oraz podac swoj adres. Trzeba bedzie rownierz potwierdzac te ingformacje, jesli
bedziemy dzwonic do JobLine - warto wiedziec jak sie literuje nasze polskie,
skomplikowane dla Anglika nazwisko.. :)

Druga mozliwoscia sa posrednicy - czyli nasze B. W samym Glasgow rownierz ich
nam nie zabraknie - a sa na pewno pewniejsza forma, w 50% mamy juz prace od
reki! Wazne jednak, ze niestety pracodawca wymaga od nas czesto
NationalInsuranceNumber i/lub konta bankowego. Ale co nie znaczy, ze bez tego
nam sie nie uda! :)
Wiekszosc agencji znajduje sie w samym centrum Glasgow, tak samo Edynburgh'a.
Wada zatrudnienia przez agencje jest to, ze czesto stawki zostaja okrojone do
minimum - czyli niecalych pieciu funtow - £4.85.

Jesli chodzi o C - czyli poszukiwania na wlasna reke - jest to moze na poczatku
troche dziwne dla niektorych - stres bierze gore, tym bardziej strach - ale dla
chcacego nie ma nic trudnego - na poczatku musimy okreslic (zawezyc?) obszar
poszukiwan - czyli strefe pracy - najczesciej na poczatek bary / restauracje
etc. Proste - bierzemy plik swoich CV, usmiech i dlugopis i ruszamy do miasta.
Zagladamy nie tylko tam, gdzie sa ogloszenia (BAR STAFF REQ.), ale i tam gdzie
ich nie ma! Wazne, abynie wstydzic sie niczego, nie bac sie, ze sie nie
zrozumie co szkot powie, bo jak zobaczy ze nie rozumiesz, to powie przeciez
tak, bys zrozumiala! :)
DLACZEGO PO NIE WESZŁO DO KOALICJI
ctrlC ctrlV z onetu

____ DLACZEGO PO NIE WESZŁO DO KOALICJI ____

OTO ODPOWIEDŹ

Są lata 80 powstaje "Solidarność. Komuniści zaczynają zdawać sobie sprawe że
system komunistyczny upada (również ekonomicznie). Zaczynają się gorączkowe
poszukiwania rozwiązania tego problemu. W porozumieniu z Moskwą nadchodzi
rozwiązanie. Trzeba dać ludziom pozorowaną wolność, podczas gdy u steru władzy
pozostaną ci sami ludzie lub ich kontynuatorzy. Zawiązuje się tajne
porozumienie między częścią kierownictwa "Solidarności", a aparatem
komunistycznym. Niewygodni działacze zostają zepchnięci przez służby na boczny
tor, następuje torowanie drogi do władzy nad związkiem wcześniej "ułożonych"
przez SB-ecję ludzi. Na czele "Solidarności" staje Lech Wałęsa . Następuje
pozorowane porozumienie "Solidarności" z władzami PZPR. Po akceptacji Moskwy
zostaje zawiązany plan zorganizowania "Okrągłego Stołu".
Ludzie w zdumieniu odzyskują wolność, jednak nie wiedzą jeszcze, że jest to
pozorowana wolność. W rzeczywistości jest to kontynuacja dawnego systemu
w "nowym opakowaniu" dostosowanym do realiów epoki kapitalizmu. Gwarantem tego
jest tajne porozumienie w Magdalence, w której to czołowi
działacze "Solidarności" na czele z Lechem Wałęsą dosłownie sprzedają Polskę
komunistom. Następuje rozmieszczenie w elitach biznesowo-politycznych
nomenklatury komunistycznej. W międzyczasie gen. Jaruzelski prosi o specjalny
protektorat Moskwy dla dwóch osób. Podaje nazwiska: Kwaśniewski i Miller. W
dalszym ciągu trwa grabież majątku narodowego przez ludzi nazywanych
już "postkomunistami". Na drodze staje jednak rząd Olszewskiego, pałający
zamiarem przeprowadzenia lustracji i PRAWDZIWEJ dekomunizacji. Na posiedzeniu
sejmu padają słowa że Wałęsa był agentem SB. Szybko z inicjatywą wychodzi
KLD_UD, Jan Maria Rokita składa wniosek o rozwiązanie Rady Ministrów. Dalej
inicjatywę przejmuje Lech Wałęsa, następuje tajna narada m.in. Lecha Wałęsy,
Tadeusza Mazowieckiego, Donalda Tuska i niczego nie świadomego Waldemara
Pawlaka. Wieczorem rząd Olszewskiego zostaje obalony, lustracja wstrzymana.
Gospodarka w dalszym ciągu jest uzależniana przez ogromne wpływy ludzi
wywodzących się z PZPR-u. Mijają lata. Następuje hegemonia władzy SLD,
premierem zostaje wcześniej wspomniany Leszek Miller. Na prezydenta wybrany
zostaje Aleksander Kwaśniewski. Zmanipulowane społeczeństwo nie zdaje sobie
sprawy, że w dalszym ciągu realizowany jest plan z Magdalenki. Mija kolejna
kadencja rządu zabójcza dla społeczeństwa polskiego. 2/3 Polaków żyje już na
skraju nędzy. Jednak cofnijmy się o parę lat. Wybucha afera "Rywina",
afera "Orlenu", afera "PZU", społeczeństwo powoli uświadamia sobie że zostało
oszukane. Postkomuniści wpadają w popłoch, w pośpiechu tworzą nowe partie w
nadzieji że Polacy ponownie dadzą się oszukać. Do akcji wkraczają media w lwiej
części opanowane przez wpływy nomenklatury komunistycznej. Plan po części się
udaje; SLD jest w parlamencie, jednak nie do końca. Wybory miało wygrać PO,
spadkobierca Unii Wolności, składające się z ludzi KLD i UD. To na nich właśnie
liczyli postkomuniści, wiedzieli bowiem że są to "ich ludzie" z którymi w
dalszym ciągu będzie można się dogadać.
Ostatnia szansa na zablokowanie przemian: WYBORY PREZYDENCKIE. Wpływowa
nomenklatura komunistyczna uruchamia media i wszelkie środki manipulacji. Jeden
po drugim przekazują poparcie człowiekowi, który zagwarantuje im
bezpieczeństwo. To ich ostatnia szansa. Kolejno Wałęsa, Borowski, Miller,
Mazowiecki, Frasyniuk, a za nimi nasępni deklaryją poparcie dla Donalda Tuska,
niektórzy z nich są jednak bardziej ostrożni, gdyż wiedzą że reprezentują
środowiska, które w społeczeństwie mogą wzbudzić niepokój, efektem tego jest
zapowiedź Kwaśniewskiego i Olejniczaka, że na "na pewno niepoprą Kaczyńskiego".
Mimo wszystko Kaczyński wygrał wybory. Ostatnią szansa postkomunistów na
zablokowanie zmian jest, albo ugięcie się PiS (co nie wchodzi w gre ponieważ
PiS pokazał że nie pójdzie na porozumienie z "układem"), albo przedterminowe
wybory i na tą drugą opcję liczy PO ze swoimi poplecznikami, blokując i
przedłużając powstanie rządu. Media również robią swoje usiłując za wszelką
cenę skompromitować PiS, co jest już przygotowaniem do z góry zaplanowanego
scenarisza, a jest on taki "w następnych wyborach musimy mieć w sejmie
większość". Pytanie tylko czy naród da się na to nabrać, OBY NIE..

~POLAK MAŁY, 2005-11-02 11:20
Niedaleko Zwardonia po drugiej stronie granicy w Slowacji znajduje
sie miejscowosc Czadca. KOniakow, Jablonka byly strategicznie
polozonymi miejscowosciami. Specjalny oddzial mial przejac kontrole
na tunelem w gorach i tam rozpoczela sie pierwsza strzelanina,
poniewaz nie otrzymali odwolania rozkazu Hitlera.

Wojna przed wojną
Pierwsze strzały kampanii wrześniowej padły już 26 sierpnia 1939 r.

Miejscem niemieckiego ataku była Przełęcz Jabłonkowska w Beskidzie
Zachodnim, zaś pierwsze strzały oddali w nocy z 25 na 26 sierpnia
naziści z grupy bojowej Abwehry – Kampforganisation Jablunka.

Początkowo, zgodnie z rozkazem Hitlera, atak na Polskę miał się
rozpocząć właśnie w sobotę 26 sierpnia, o godzinie 4.45, a
szczególnie ważne znaczenie sztab generalny agresora przywiązywał do
opanowania Przełęczy Jabłonkowskiej. W granicach ówczesnego państwa
polskiego przebiegała tamtędy strategiczna linia kolejowa i szosa
Żylina–Cieszyn. Warunkiem sprawnego przerzucenia przez przełęcz sił
niemieckich, atakujących nas od południa, było takie opanowanie
znajdującej się tam stacji kolejowej Mosty, a nade wszystko tunelu,
by żołnierze polscy w obliczu atakującego nieprzyjaciela nie zdołali
wysadzić w powietrze tych ważnych obiektów. Aby to zapewnić,
przełęcz musiał opanować Wehrmacht nie w momencie wybuchu wojny,
lecz tuż przed atakiem.

Abwehra utworzyła specjalną grupę uderzeniową, wyznaczając na jej
szefa sprawdzonego już w rozlicznych akcjach porucznika dr. Hansa
Albrechta Herznera z Berlina. W grupie znalazło się około 70
starannie dobranych nazistów po solidnym przeszkoleniu wojskowym.
Ubrani byli po cywilnemu, a w oczach Polaków, których mieli
podstępnie zaatakować, uchodzić mieli za trudną do zidentyfikowania
bojówkę. Każdy miał w kieszeni przygotowaną opaskę ze swastyką, by w
końcówce operacji ci z Wehrmachtu, którym torowali drogę, łatwo
mogli ich rozpoznać jako swoich.

Dokonano szczegółowego rozeznania sytuacji w terenie, wykorzystując
informacje agentów penetrujących stronę polską. Części z nich
przypadała rola przewodników wiodących nocą przez wertepy górskie.
Dywersanci zakwaterowani zostali w miejscowości Czadca, tam gdzie
rozlokowana została na swoich pozycjach wyjściowych dywizja piechoty
Wehrmachtu, mająca wedrzeć się do Polski przez Przełęcz
Jabłonkowską.

Po zapięciu wszystkiego na ostatni guzik i ostatecznym
zaakceptowaniu przez głównego stratega operacji, wówczas pułkownika,
a wkrótce generała Abwehry Erwina von Lahousena, Herzner wyruszył na
miejsce pod pretekstem podróży w interesach jako kupiec berliński
dysponujący paszportem na nazwisko Heinricha Herzoga.

Po przekroczeniu granicy słowackiej skręcił do Czadcy, dołączając do
swego oddziału. Ostatnie uzgodnienia w sztabie 7 Dywizji,
potwierdzenia z centrali Abwehry, wreszcie odprawa z członkami
jednostki, którą Herzner podzielił na dwie podgrupy pod dowództwem
podoficerów Franza Koudela i Rudolfa Landowskiego. W ustalonym
czasie, już po polskiej stronie, wyznaczono spotkanie z agentami, od
których oczekiwano najbardziej aktualnych danych o rozmieszczeniu
posterunków polskich, ich sile, uzbrojeniu, tak by można było je
opanować możliwie bez wywoływania alarmu mogącego ściągnąć posiłki
Wojska Polskiego. Opanowanie stacji Mosty wyznaczono na godzinę
drugą w nocy z 25 na 26 sierpnia, wszystko zgodnie z rozkazem
Hitlera.

Nie wszystko szło gładko. Na miejsce startowe wyprawy nie dotarła
anonsowana wcześniej jako wsparcie stuosobowa grupa słowackich
gwardzistów Hlinki. Ciemności powodowały, że przewodnicy błądzili,
opóźniając marsz. Jedna z podgrup nawet się zgubiła. Sam Herzner
znalazł się przy południowym wylocie tunelu przed godziną drugą i
usłyszał nagle strzały po drugiej stronie – to, jak się okazało, owa
zagubiona podgrupa starła się z posterunkiem polskim. Tuż przed
czwartą Herzner zdołał wedrzeć się ze swoimi ludźmi na stację Mosty,
terroryzując jej załogę i przecinając łącza telefoniczne.

Wbrew grubo przesadzonym późniejszym opisom niemieckim (wedle
których grupa Herznera łatwo opanowała teren, biorąc do niewoli
pierwszych w drugiej wojnie światowej jeńców) jednostka dywersyjna
rychło znalazła się w krytycznej sytuacji. Utarczka, do jakiej
doszło, zaalarmowała stronę polską, nadciągnęły posiłki i ludzie
Herznera stali się celem. A czas upływał. Przekroczony już został
moment, w którym miała rozpocząć się wojna przeciwko Polsce, a 7
Dywizji, której torowano drogę, nie było ani widać, ani słychać...
Wreszcie poprzez swego człowieka wcześniej wysłanego do Czadcy por.
Herzner otrzymał rozkaz z dowództwa 7 Dywizji: natychmiast uwolnić
przetrzymywanych na stacji Polaków i jak najszybciej się wycofać!
Sikorski Radek przemówi do Serbów
Udało mi się zdobyć maszynopis przemówienia, z którym minister
Sikorski Radek zamierza wystąpić w Belgradzie do narodu serbskiego:

“My, Polacy, naród który kilkakrotnie w przeszłości doświadczył
rozbiorów, przynosimy wam, Serbom, dobrą nowinę - uznanie
niepodległości Kosowa będzie milowym krokiem na drodze rozwoju
Serbii i ziszczeniem snu o przynależności do zaawansowanych
cynicznie… [przekreślone] …cywilizacyjnie struktur europejskich.

Jednocześnie podkreślam z pełną mocą - uznanie Kosowa nie będzie
stanowić precedensu dla Tajwanu, Tureckiej Republiki Cypru
Północnego, Republiki Somalilandu, Republiki Abchazji, Republiki
Naddniestrzańskiej, Republiki Nagorny Karabach, Biafry i Palestyny,
chociaż w tej ostatniej sprawie decydujący głos przypada władzom
Izraela.

Nasza decyzja w sprawie Kosowa doprowadzi, mam nadzieję, do
zabliźnienia się ran konfliktów z lat 90., współpraca między
bratnimi nacjami serbskimi i kosowskimi będzie stymulowana przez
siły rozjemcze pod patronatem NATO. Mogę ujawnić, że już od tygodnia
siedzibie Sojuszu opracowywane są plany rozmieszczenia w sposób
możliwie najbardziej humanitarny pół minowych na granicy Kosowa z
Serbią. Pragnę zwrócić także uwagę, że popyt na drut kolczasty
pomoże obu państwom w rozwoju gospodarczym, co w perspektywie
umożliwi wprowadzenie na ich obszarach waluty euro, może już w 2143
roku.

Jestem pewien, ba, jestem przekonany, że Kosowo będzie realizowało
te zapewnienia, które znalazły się w deklaracji niepodległości - o
poszanowaniu mniejszości narodowych, społecznych, o świeckim
charakterze państwa, demokratycznym charakterze państwa, ochronie
zabytków kultury. Pierwsze pozytywne sygnały z Prisztiny juz
napłynęły - tamtejsze władze opracowały zgodny z europejskimi
normami bezpieczeństwa instruktaż demolowania prawosławnych świątyń,
dzięki czemu liczba rannych podczas dewastacji znacząco się
zmniejszy.

Stosunki dyplomatyczne z Kosowem usiłujemy nawiązać już od soboty,
jak tylko zbierzemy 5 milionów dolarów na okup za uwolnienie naszych
dyplomatów z rąk kosowskich bojowników o wolność i demokrację, to
rokowania ruszą z kopyta. Nazwiska naszego ambasadora w Kosowie
jeszcze nie mogę podać, jeśli losowanie w MSZ nie przyniesie
rezultatów, to kogoś zawsze możemy urządzić łapankę, ha, ha,
wybaczcie krotochwilę, drodzy bracia Słowianie, lecz dzień jest
przecież taki radosny i grzech się nie śmiać…

W tym miejscu informuję również, że Polska wyśle do Belgradu misję
polityczną, której celem będzie utrzymanie perspektywy europejskiej
dla Belgradu - pokażemy wam, że nawet utrata 3/4 terytorium nie
powinna niszczyć nadziei na spełnienie wymogów Unii Europejskiej.
Przypominam, że łączą nas z wami historycznie dobre stosunki, a
sympatia do was pozostaje na niezmiennym, antyrosyjskim poziomie.

Doswidanja, żopy [dopisek podsekretarza stanu - sprawdzić w
słowniku, czy to po serbsku i jaki ten zwrot ma właściwie znaczenie]”
rozmowy z donem czesc dalsza
ponizej jest odpowiedz na rozmowe z donem rozpoczeta nastepujacym postem:

forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=14420&w=10337690&a=10341230
napisalem, iz twoja powiastka nic o stopniu asymilacji owego Polaka nie mowi, i
porownalem sytuacje do owych "kowali", by zaznaczyc, ze w malych spolecznosciach
(zwlaszcza takich, jak w Europie) odnosniki typu "Polak", "kowal" przylegaja do
osob -i ich rodzin- zwyczajowo i uzywane bywaja przez cale pokolenia. Masz
racje- w taki sposob czesto powstaja (powstawaly) nazwiska. W Polsce bywaja do
dzis wsie, o ktorych sie mowi "Holendrzy", "Tatarzy" itp. Ba, te wsie tak sie
w konsekwencji nazywaja: Holendry, Tatary . Mimo, iz ich mieszkancy sa -i za
takich sa uwazani- Polakami od stuleci.

Jest mozliwe, ze okreslenie "Polak" uzywane w odniesieniu do tego konkretnego
Polaka rzeczywiscie oznacza brak jego akceptacji w lokalnej gromadzie, mozliwe
jednak jest rowniez, ze -wrecz przeciwnie- oznacza ono jego pelna akceptacje,
ze jako ow "Polak" wtopil sie on w lokalny pejzaz, stal sie czescia gromady.
Powiastka nie zawiera wystarczajaco duzo danych, by poprzec ktorakolwiek z
mozliwych wersji.

Wreszcie takze- czy nie mowisz raczej o "akceptacji" niz o "asymilacji"? To
jest kolejne zagadnienie. Czy akceptacja jest warunkiem koniecznym dla
asymilacji? Wydaje sie, ze tak, ale czy na pewno?
I kolejna kwestia: przeniesienie pytania o asymilacje do malej, pewnie
hermetycznej spolecznosci lokalnej. Czy w takiej spolecznosci latwo sie
zasymiluje i zostanie zaakceptowany nawet nie cudzoziemiec, ale np. Niemiec z
innego landu, mowiacy innym dialektem, z innym zaspiewem?

Nie przyjmujesz takze, don, mej metafory o jezyku jako "domie". A przeciez w
nowym jezyku nastepuje proces "zadomowienia sie", nieprawdaz? Jezyk nabyty
jest w duzym stopniu jak nowy dom. Gdy w nowym domu sie budzisz w nocy i w
stanie poluspienia, po ciemku idziesz do klopa sie odlac bedziesz potykal sie o
nowe meble, wpadal na sciany, szukal po omacku drzwi. Po jakims jednak czasie
nie nabijesz juz sobie zadnego guza, poznasz rozmieszczenie mebli, scian i
drzwi na pamiec, z zawiazanymi oczami bedziesz potrafil zejsc z pietra do
piwnicy i z powrotem, pojsc do kuchni, otworzyc lodowke, znalezc butelke piwa,
szklanke w szafce nad zlewem itp.

Mowiac o procesie nabywania nowego jezyka czesto mowie o dwoch zasadniczych
etapach: 1. gdy na nowy jezyk patrzymy z "zewnatrz", tlumaczymy zdania,
zastanawiamy sie nad kazdym slowem i szykiem zdania i 2. gdy poslugujemy sie
tym jezykiem juz z "wewnatrz", frazy wymawiamy automatycznie, bez
intelektualnego wysilku, "czujemy" je, pasuja nam one jak rekawiczki, obudzeni
w srodku nocy plynnie odpowiadamy w tym jezyku, snimy w nim, w nim liczymy.
Jestesmy juz w tym jezyku zadomowieni, jezyk ten bowiem stal sie juz naszym
domem. Nawet jesli posiadamy takich domow dwa, moze trzy. (W tym znaczeniu
mowienie o znajomosci jezykow jako o bogactwie trafnie ilustruje stan rzeczy :))

Nawet jesli powielamy jeszcze w nowym jezyku bledy, mamy akcent- ten jezyk jest
juz "nasz", te bledy naleza juz do naszego jezyka. Ba, otoczenie przywyka do
naszego akcentu i pewnych niezdarnosci jezykowych, akceptuje je, przestaje je
nawet dostrzegac. Troche tak, jak przyjmuje do wiadomosci, ze ktos tam sie
jaka, sepleni, badz nie potrafi wymowic "r".

W tym znaczeniu angielski jest moim domem. I have spoken. Hawk!
W Stanach Zjednoczonych toczy się właśnie proces wysoko postawionych członków
władz, oskarżonych o ujawnienie nazwiska agentki CIA z pobudek politycznych. W
Polsce zaś ujawnianie agentów czy też współpracowników wywiadu uchodzi za
przejaw patriotyzmu, choć robi się to również z niskich pobudek, natomiast
stawia się pomniki Polakowi w służbie CIA, choć ujawniał materiały dotyczące
obronności Układu Warszawskiego, a więc i Polski - w tym zapewne informacje o
rozmieszczeniu broni nuklearnej na terenie PRL, narażając tym samym Polaków - bo
przecież nie ZSRR - na pewną śmierć w razie konfliktu Wschód-Zachód. Jest to
godne pożałowania z dwóch co najmniej powodów:
1. Czy to się komuś podoba, czy nie, obecna Polska jest kontynuacją PRL i zasoby
osobowe oraz metody operacyjne wywiadupowinny pozostawać tajemnicą państwową,
której zdradzenie powinno być surowo karane.
2. Czy ci wszyscy ujawniacze z Kaczyńskimi i Macierewiczem na czele naprawdę nie
zdają sobie sprawy z tego, że narażają osoby trzecie na kolosalne
niebezpieczeństwo? Każdy, z kim agent polskiego wywiadu miał kiedykolwiek
styczność, może zostać oskarżony o szpiegostwo - niekiedy również z pobudek
politycznych, tak jak chociażby w Rosji czy na Białorusi, co w niektórych
krajach grozi śmiercią. Kto w takiej sytuacji zechce kiedykolwiek udzielić
jakichkolwiek informacji polskiemu wywiadowi, mając świadomość, że automatycznie
naraża się na dekonspirację?
Rzeczywistość PRL była taka, że Polska - choćby i nie z własnej woli -
znajdowała się w Układzie Warszawskim i była jednym z potencjalnych obiektów
ataku. Skoro obecne władze - a pragnę im przypomnieć, że swprawują rządy jedynie
czasowo - pragną tak wyraźnego odcięcia od PRL, niechże ich członkowie dadzą
przykład, zrzekając się swoich stopni i tytułów naukowych, zwłaszcza ci, którzy
w swoich pracach powoływali się na Lenina :)))) Niech zaczynają od zera, sami
będąc zerem.
Będąc od ponad 30 lat na emigracji, nadal posługuję się poprawną polszczyzną i
czuję przywiązanie do Polski. Nie jest to zasługa Kaczyńskich i ich psów
gończych, lecz moich nauczycieli z czasów młodości, z okresu, gdy Kaczyńscy
siedzieli jak myszy pod miotłą, by przyjść już na gotowe i z pobudek
politycznych tępić zasłużonych ludzi z doświadczeniem, zastępując ich miernotami
w rodzaju Giertychów, Orzechowskich, Skrzypków i innych farfocli.
Obaj Kaczyńscy stosują zasadę "Na złość mamie odmrożę sobie uszy". Ostatnie
wybory lokalne dały im zdrowo po uszach, sięgają więc teraz po metody
pozademokratyczne lub wręcz niedemokratyczne, aby wzmocnić swoją i tak już
przegraną pozycję, dając motłochowi igrzyska, gdy lud potrzebuje chleba.
Igrzyska zresztą to za dużo powiedziane. Jedyne, co bliźniacze kaczki dały
Polsce i światu to cyrk wywołujący uśmiech politowania. Czas najwyższy, by ci
żałośni cyrkowcy jak najszybciej odeszli w niebyt.
Dziekuje Anno za posty.

O Kuklinskim napisano juz bardzo wiele. Stosunek do Kuklinskiego stal sie
probierzem okreslajacym, co w latach PRL bylo zdrada, a co zasluga. Czy mamy
uznac, ze zachodzi zasadnicza roznica miedzy suwerenna Rzeczapospolita, ktora
kieruje sie wlasna racja stanu, i PRL – panstwem zniewolonym, w pelni
podporzadkowanym sowieckiej hegemonii. Czy dzialania skierowane przeciwko
Zwiazkowi Sowieckiemu nalezy uwazac za zdrade popelniona wobec Polski?
Odpowiedzial na to pytanie general Jaruzelski, przemawiajac na Kremlu w 1984r.,
z okazji dekorowania go Orderem Lenina, najwyzszym odznaczeniem ZSRR.
Powiedzial wowczas: „Zespala nas klasowy, a wiec nierozerwalny sojusz. Bronic
go, to znaczy bronic rownoczesnie Polski i Zwiazku Radzieckiego”.(ciekawie co
nato innni) Byly te slowa aktem wiernopoddanczym. Obrona sojuszu oznaczala w
rzeczywistosci obrone wasalnego uzaleznienia panstwa od obcej potegi. Czy
lamanie wymuszonej przysiegi zolnierskiej na wiernosc tak pojetemu sojuszowi
mozna uznac za akt zdrady? Aby osadzic Kuklinskiego, trzeba najpierw
odpowiedziec na pytanie, kto byl naprawde sprzymierzencem, a kto wrogiem?
Zwiazek Sowiecki czy Ameryka?
Stany Zjednoczone byly w latach PRL jedynym mocarstwem, ktore stawialo sobie za
cel uwolnienie krajow ujarzmionych sposobami pokojowymi. Polsce zagrazala
Rosja, a nie Ameryka. Smiertelne zagrozenie tkwilo w ideologii marksizmu-
leninizmu, ktora nakazywala dozenie do zwyciestwa komunizmu w skali globalnej.
Ideologia narzucala plany i przygotowania do wojny napastniczej, ktora miala
doprowadzic do obalenia kapitalizmu. Sowieckie plany operacyjne grozily Polsce
totalna zaglada. Przewidywaly blyskawiczne uderzenie na Europe Zachodnia, bez
jakichkolwiek przygotowan, silami rozmieszczonymi w Niemczech Wschodnich i w
Polsce. Calkowite zaskoczenie przeciwnika mialo zapewnic sukces. Wojska polskie
mialy zajmowac Danie, a polski zolnierz mial przelewac krew zdobywajac
Kopenhage. Za tym pierwszym uderzeniem mial przejsc tak zwany drugi rzut
strategiczny, zapewniajacy Sowietom miazdzaca przewage i szybkie dotarcie do
Atlantyku. Przez Polske mialy sie przewalic z Rosji dwa miliony wojska. Nie
trzeba byc strategiem, by uswiadomic sobie, ze NATO moglo zapobiec klesce tylko
przez uderzenie nuklearne, ktore zniszczyloby szlaki komunikacyjne biegnace
przez Polske. Grozilo jej 600 uderzen pociskami nuklearnymi, ktore zamienilyby
kraj w radioaktywna pustynie. Sowieckie przygotowania do wojny wymagaly
wspoldzialania z polskim sztabem. Czy czlowiek, ktory z tytulu swych obowiazkow
sztabowych musial te plany znac i usilowal je udaremnic, ostrzegajac przed nimi
Stany Zjednoczone, ma byc przykladem bohaterstwa czy zdrady?
Na szczescie Moskwa cofnela sie przed ryzykiem wojny. Polska natomiast stanela
w latach 1980-1981 w obliczu grozby sowieckiej inwazji z udzialem wojsk Niemiec
Wschodnich i Czechowskowacji. W kierownictwie partii dzialala wowczas grupa
autentycznych zdrajcow. Zabiegali oni potajemnie o wprowadzenie wojsk
sowieckich, ktore nie tylko zniszczylyby Solidarnosc, ale mialy obalic takze
istniejace wladze partyjno-rzadowe i oddac je w ich rece. Byl to akt zdrady nie
tylko wobec wlasnego kraju, ale takze wobec wlasnej partii. Kuklinski wymienil
ich po nazwisku. Byli to: Stefan Olszewski, Tadeusz Grabski, Stanislaw
Kociolek, Andrzej Zabinski i kilku pomocniczych, a wojsku – gen.Eugeniusz
Molczyk, gen.Wlodzimierz Sawicki, gen.Tadeusz Krupski i inni. Informacje te
znalazly pelnie potwierdzenie w relacji prof.Manfreda Wilkego przed Sejmowa
Komisja Odpowiedzialnosci Konstytucyjnej.
Targowiczanie utrzymywali potajemne kontakty z ambasada sowiecka w Warszawie, z
marszalkiem Anatolijem Kulikowem i jego przedstawicielem Atanasijem
Szczegolowem. Spiskowali z Honeckerem, Husakiem i Ziwkowem. Nie tylko wzywali
do interwencji, ale domagali sie zastosowania najostrzejszych srodkow wobec
dzialaczy Solidarnosci. Glosili teze, ze walka klasowa nie moze obyc sie bez
przelewu krwi. Dziesiec tysiecy trupow mialo zapewnic dziesiec lat spokoju.
Nocne aresztowania mialy stac sie noca dlugich nozy. Wedlug Kuklinskiego
krwawej rozprawy z dzialaczami Solidarnosci domagal sie takze plk.Bronislaw
Pawlikowski, dyrektor zarzadu WSW. Zamiast internowania mialy byc sady dorazne
i masowe egzekucje, jak na Wegrzech w 1956r. Latwo przewidziec, co czekaloby
Polske, gdyby utracila dziesieciotysieczna elite, jaka wylonila Solidarnosc.
Stalaby sie cialem bez kregoslupa, niezdolnym do jakiegokolwiek oporu. Zabiegi
zdrajcow najmocniej popieral Honnecker, ktory mial w tym swoj niemiecki
interes.
od ladnych paru lat zachodze w glowe,skad sie u Polakow wzielo przekonanie o
jakies nadzwyczajnej wartosci Kosciuszki-ze jest bohaterem Stanow Zjednoczonych-
jeszcze moge zrozumiec,istotnie jego "zdolnosci" wojskowo-inzynieryjne w
porownaniu ze zdolnosciami wojskowymi Waszyngtona mogly rzeczywiscie robic
tutaj niejakie wrazenie(bo,ze Waszyngton byl totalnym ignorantem w sprawach
wojskowych-to przyznaja sami Amerykanie-znany jest powszechnie fakt jak to
George postanowil zalozyc oboz wojskowy w malowniczej dolinie ze wzgledu na
walory krajobrazowe,nie biorac zupelnie pod uwage mozliwosci wygubienia calej
armii gdyby Angole rozmiescili na wzgorzach artylerie)zreszta Amerykanom
zbywalo owoczas na wszystkim,wiec jako-tako wyksztalcony inzynier mogl zrobic
ogromna kariere(Anglicy nazywali wowczas Armie Amerykanska "dwunogimi z lasu")

Dziwne jest natomiast,ze ten rzekomy "geniusz" Kosciuszki nie objawil sie na
ziemi europejskiej,a juz Insurekcja byla najbardziej zalosnym tego przykladem-
na prowadzenie wojny z trzema zaborcami jednoczesnie mogl sie zdecydowac tylko
samobojca lub skonczony kretyn(polacy znani sa zreszta zarowno ze swego
wojennego zacietrzewienia,jak i z kretynizmu scisle zwiazanego z tym pierwszym)
Zwyciestwo nad przednia straza wojsk rosyjskich otrabiono jako WIELKA
WIKTORIE RACLAWICKA lecz kiedy nadciagnely sily glowne-okazalo sie,ze caly
sztab jest tak pijany(zapewne dodawali sobie animuszu),ze w zasdzie nie ma kto
dowodzic(sam Naczelnik tej hecy byl tak dalece zamroczony alkoholem,ze pogubil
mapy sztabowe,nie mowiac juz o fakcie,ze "popadl w plen" i tylko wyrozumialosci
owego tyranskiego cara zawdziecza wolnosc)
Bedac na emigracji we Francji plotl takie glupoty(jak podaja swiadkowie),ze
slonce gdyby nie bylo obojetnym oblokiem rozrzazonego gazu ze wstydu
przestaloby swiecic!
Drugim takim kontrowersyjnym "bohaterem" jest Pulaski-nie wszystkim bowiem
wiadomo,ze z Polski musial uciekac ekstrapoczta,gdyz za jego
warcholstwo,pieniactwo i pospolity bandytyzm czekalo go co najmniej
odosobnienie w jakiejs wiezy lub przy zlym obrocie sprawy-twarzowy konopny
powroz-ten ci to "bledny rycerz" przybyl do walczacej Ameryki,gdzie nabyl(za
brzeczaca monete) tytul generalski oraz sformowal oddzial kawalerii(byc moze
nawet bitny oddzial-zawyczaj tacy bowiem jak on dobierali sobie podobnych-
przykladem literacki Kmicic)nie poddaje tu w watpliwosc jego brawury
bojowej,jednak sama smierc podczas szarzy to stanowczo za malo aby od razu
stawiac komus pomniki.
Przy tym jakos dziwnie cicho wsrod polonii o takim chociazby
Miklaszewiczu,ktory na swym okrecie "Prince Radziwill" gracko uwijal sie wsrod
angielskich fregat wojennych,kladac niepodwazalne zaslugi rodzacemu sie rzadowi
(za co uhonorowano go zreszta gubernatorstwem bodajze Maryland)- ot jak
prawdziwa zasluga blednie w konfrontacji z umiejetnie rozdmuchana propagitka.
Godnym nasladowca warchola Pulaskiego jest niewatpliwie niejaki Moskal
(kurcze,co za nazwisko-chyba jakby na ironie)-o jego wyczynach nie warto sie
rozpisywac,ale kto wie,czy i jego nie uhonoruje kiedys polonia
jako "niezlomnego polaka"-bo jak na razie jego wyskoki przynosza wiecej szkody
niz pozytku,gdyby nie jego wiek moznaby to podciagnac pod rozmyslny sabotaz a
tak-chyba to juz objawy demencji starczej i czas byloby dziadowi ustapic-ale na
to nie ma co liczyc-przy 187,000$ rocznej pesnsjii....(gdy nie wiadomo o co
chodzi,to wowczas chodzi ZAWSZE o pieniadze)
Kolonialna wojna.
Okazuje się, że afera z torturowaniem jeńców może stanowić znakomity pretekst do
odtrąbienia odwrotu. Mam tu na myśli odwrót polskiego establishemntu od tej
okropnej, a jednocześnie groteskowej, wyprawy. Rzecz jasna, z czasem, dojdzie i
do właściwego odwrotu - odwrotu polskich oddziałów z "Wyprawy Bagdackiej". Już
teraz możemy być pewni, że nie będzie tak chwalebny jak powrót spod Wiednia.
Pewnie i wtedy dojdzie do pozornych, jak zwykle w Polsce, rozliczeń.
Przypomnijmy zatem jak było na początku.
A było to tak: przychodzac pewnego wiosennego poranka do swojego biura
znalazłem w sieci zdjęcia polskich żołnierzy z oddziału GROM pozujących pod
amerykańską flagą, po udanej akcji zajęcia terminali portowych. W ten sposób, ze
zdumieniem stwierdziłem, że mój kraj znalazł się w stanie WOJNY z innym
suwerennym krajem. Bez decycji Parlamentu, bez decyzji ONZ - tak po prostu
wysłano regularne polskie oddziały na wojnę na Bliskim Wschodzie.
To jest chyba największy skandal w tej całej aferze - brak konstytucyjnych
podstaw tej decyzji. Okazuje sie bowiem, że w demokratycznym państwie, gdzie
władza, podobno, poddana jest demokratycznej kontroli obywateli, gdzie
przestrzega się praw obywatelskich, gdzie istnieją niezawisłe sądy, a
kompetencje oraganów władzy są ściśle określone przez Konstytucję, kilku
facetów, przy kawie (albo i czymś mocniejszy) może temu krajowi, ot tak, mocą
własnego widzimisie zafundować wojnę! Tak po prostu.
W przypadku, gdy ktoś nieśmiało zauważy, że od takich rzeczy to jest w RP
Parlament, można zawsze wykazywać, że nie jest to przecież żadna wojna.
Przypomnijmy sobie te wypowiedzi - np. ministra Szmajdzińskiego, który próbował
udawadniać, że nie prowadzimy wojny z suwerenną Republiką Iraku tylko niesiemy
pomoc Irakijczykom. Niestety (nazwisk nie pamiętam) w tym obrzydliwym procederze
brało też udział kilku specjalistów od prawa międzynarodowego, którzy próbowali
wykazać, że białe jest czarne i odwrotnie. Robili to wbrew stanowisku
Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, który uznał RP obok USA, UK, Danii,
Australii i Iraku za stronę prowadzącą WOJNĘ! - o ONZ, UE, NATO nie mówiąc.

Mało tego, okazało się, że sukces tak zawrócił niektórym w głowie, że nie mogli
oprzeć się wizji własnej strefy okupacyjnej w Iraku. W chwili, w której nawet
tak zamożne i jednocześnie zagrożone terroryzmem kraje takie jak Australia,
uprzejmie i stanowczo podziękowały za takie wyróżnienie nasi przywódcy ochoczo
ją przyjeli.
Jeżeli nawet ktoś w polskim establishmenie miał wątpliwości to się one w tej
chwili szybko rozwiały. Poza kilkoma chlubnymi wyjątkami takimi jak Kuroń,
Mazowiecki, Żakowski, Stomma czy nawet Wałęsa, praktycznie wszystkie
parlamentarne partie polityczne, wszystkie opiniotwórcze dzienniki i tygodniki,
wszystkie media elektroniczne, kompletnie zgłupiały na myśl, że będziemy mieli
coś do okupowania. Taka okazja nie przytrafia się Polsce często - raz na jakieś
300 lat. Nic zatem dziwnego, że tylko nielicznym udało się zachować zdrowy
rozsądek.
Piszę "nielicznym" mając oczywiście na myśli członków tegoż establishmentu
(przepraszam za ten anglicyzm ale nie znajduje przydatnego słowa w języku
polskim). Wśród zwykłych obywateli proporcje te były akurat odwrotne. Blisko 70
% jest przeciw (było nawet 75%). Za interwencją jest kilkanaście procent -
reszta (ok. 20 % ) nie ma zdania. Jak red. Michnik pisze: "Wielu z nas popierało
polskie wsparcie dla polityki prezydenta Busha", to pisze w imieniu żałosnej
mniejszości.
Pytanie: co należy zrobić z demokratycznie wybraną władzą, która gwałcąc
konstytucję, działając wbrew opinii olbrzymiej większości obywateli, wplątuje
kraj w kolonialną wojnę w interesie obcego mocarstwa?
Nikt nigdy nawet nie próbował uzasadniać udziału Polski w tej awanturze.
Oczywiście było wiele gadania na temat zagrożenia terroryzmem, łamania praw
człowieka w Iraku, tyranii Saddama. Tylko nie wytłumaczono, co z tym wszystkim
wspólnego ma Polska, skoro nie ma nic wspólnego z jeszcze gorszymi zjawiskami w
Chinach, Koreii Pn, Indonezji, Pakistanie, Arabii Saudyjskiej (sojusznicy!!!),
czy w całej "czarnej" Afryce. Jak to jest,że tam nie zwalczamy tyranii, a
zwalczamy ją w Iraku?
Próby uzasadnienia naszej obecności spodziewanymi korzyściami ekonomicznymi
niebezpiecznie zbliżają się do działalności już po prostu kryminalnej, bo za
taką uznać należy prowadzenie wojny w celu osiągnięcia ekonomicznych zysków.
Takich poważnych racji uzasadniający nasze zaangażowanie w Iraku po prostu nie
ma. Nie jest ona w polskim narodowym interesie.
Można zadać pytanie: w czyim zatem jest interesie? Z technicznego punktu
widzenia - amerykańskim. Szczególnie od strony propagandowej udział Polaków
musi USA bardzo odpowiadać (ale jak widać po ewakuacji Hiszpanów także pod
względem ściśle militarnym). Czy jednak cała ta wojna nie jest, także z punktu
widzenia interesów USA, zwykłą pomyłką? Wydaje się, że tak. Wtedy tym bardziej
nasz udział staje się niezrozumiały. Niezależnie jednak od powyższego, Bush nie
złamał amerykańskiej konstytucji i miał poparcie większości swoich obywateli.
Tak jak prezydent Francji i kanclerz Niemiec - inaczej niż Blair i Kwaśniewski z
Millerem.
Powyższe zarzuty w równym stopniu dotyczą zarówno koalicji jak i opozycji. Ta
ostatnia, zachowywała się akurat w tej sprawie identycznie jak koalicja, choć
konieczne jest w tym miejscu istotne zastrzeżenie. Napisałem powyżej, że
interwencję poparły wszystkie partie. Oczywiście jest to uproszenie - nie
poparły jej "Samoobrona" i LPR. To bardzo smutne, że krytykami interwencji
pozostały w Polsce jedynie partie skrajne. To także obciąża konto tych, którzy
takiej krytyki zaniechali. Jeżeli ktoś nie widzi związku przyczynowego między
masakrą w Madrycie i wzrostem notowań "Samoobrony" niech raczej zajmie się
innymi rzeczami niż polityką.
Co do mediów, to nie wiem czy dziennikarze czytają nasze posty - ale jeżeli
czytają, to niech wiedzą, że kilka uczciwych artykułów Jacka Żakowskiego nie
stanowi dla nich żadnego alibii. Pamiętamy co i jak pisaliście. Pamiętamy nawet
to, że niektórzy dziennikarze pisali np. takie rzeczy, że nie należy się martwić
nuklearmymi groźbami Rosji wobec Polski - w razie rozmieszczenia tutaj baz
amerykańskich - "bo w Hiszpanię też celowali i nic się nie stało" ("GW"). O tym
też pamiętamy...
Ale widać, że czujecie pismo nosem:
www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_040511/publicystyka/publicystyka_a_3.html
W domowym archiwum znalazłem notatki z pierwszej podróży przez północne
Włochy, wydały mi się trochę zabawne:
: "Ventimiglia, potem San Remo zapchane tak, że przez kolejną godzinę
przejeżdżamy zaledwie 16 km, nie ma rady, skręcamy za najbliższym
drogowskazem "Autostrada" i po kilku kilometrach wyciągam z maszyny w bramce
bilet: teraz można jechać. Droga niezwykła, nawiasem mówiąc może nawet
bardziej widokowa, niż ta samym wybrzeżem, bo wyżej położona, z doskonałą
nawierzchnią, przede wszystkim imponuje doskonałością sztuki inżynierskiej,
zastanawia mnie, jak zaplanowano, wytrasowano i wreszcie zbudowano coś tak
wspaniałego. Prawie żaden jej odcinek nie przebiega "po ziemi", z tunelu
wjeżdża się na wiadukt, z wiaduktu w tunel, na dodatek tunele są dla każdego
kierunku oddzielnie, czasem znacznie od siebie oddalone, prawie wszystkie są
kręte lub mają wlot i wylot na innym poziomie, dłuższe są połączone
przekopami, w równych odstępach awaryjne miejsca do zatrzymywania się.
Wiadukty także prawie nigdy nie są proste, wznoszą się i opadają,
zakręcają....ku wlotom tuneli. Bardzo gęsto rozmieszczone małe placyki
awaryjne z telefonami SOS, dość częste parkingi, przeważnie przy stacjach
benzynowych ze sklepami i barami. W jednym z nich pijemy pierwszą włoską kawę-
jeszcze mocniejszą niż podawana we Francji, ale w jeszcze mniejszych
filiżaneczkach i to napełnionych objętością na pewno nie przekraczającą małego
kieliszka. Widoki cały czas wspaniałe, morze i góry, gęsto zabudowane
miasteczka na grzbietach wzgórz lub w dolinach. Ok. 14.00 jesteśmy w Genui,
szukamy schroniska młodzieżowego. Plan miasta przypomina rysunek talerza
spaghetti, dokładnie splątanego widelcem, miasto wisi- lepiej to wyraża
rzeczywistość, niż "leży"- na zboczach wzgórz stromo spadających do morza,
domy i to wielopiętrowe, ustawione nieprawdopodobnie blisko siebie, wyglądają,
jak gdyby przyczepione były jedne do drugich. Niby wiemy dokładnie gdzie mamy
jechać, nawet nazwy dzielnic i ulic na drogowskazach zgadzają się, ale
jeździmy bez sensu, wpadamy w zamknięte przez roboty drogowe ulice, na
dodatek z obu stron zastawione parkującymi samochodami, ale z ruchem
dwustronnym, sam nie wiem na jakiej zasadzie przez nie przejeżdżam,
drogowskazy kierują nas w jakieś ślepe podwórka, wielouliczne skrzyżowania na
których zasada pierwszeństwa realizowana jest w sposób niejasny chyba nawet
dla rdzennych mieszkańców miasta, a wszystko w gorączkowym pośpiechu z
trąbieniem, wyprzedzaniem w nieprawdopodobnych miejscach, przez podwójne
ciągłe linie i wysepki rozdzielające ruch. Nagle, jakby ze ściany domu
wypadają samochody, okazuje się, że to wylot tunelu, przy czym wszędzie
parkują samochody, a wśród tego szaleją motocykliści, nawet pod prąd. Zmęczeni
tym infernem, do tego wściekły upał, zatrzymujemy się na parkingu i idziemy na
zwiady pieszo, bo z planu wynika, że hostello musi być tuż-tuż, Jadzia
zostaje w samochodzie. Trzy razy naprowadzają nas tubylcy, raz nawet zostaje
zwołana na tą okoliczność narada klientów pizzerii, wreszcie trafiamy.
Dostajemy ogromny pokój z łazienką, w schronisku jest bufet z piwem i winem,
polskim napisem "smacznego" oraz zamykany parking. Teraz okazuje się, że nie
bardzo wiemy, gdzie została Jadzia, ale trafiamy do niej, tylko raz błądząc.
Raz też błądzimy doprowadzając auto do schroniska, ale to zrozumiałe, bo
jedzie się krętą serpentyną (tym makaronem), a my szliśmy na przełaj schodkami
i przejściami, przecinając jego nitki. Trochę odpoczywamy i schodzimy do
śródmieścia schodkami, wejścia i zejścia do których są też w nieoczekiwanych
miejscach, niekiedy przypominających po prostu bramy domów, lub ogrodów.
Wchodzimy zaciekawieni w wąziutką, dość podejrzaną uliczkę, pełną sklepów i
straganów "ze wszystkim" oraz handlem obnośnym, na przykład rosły Murzyn
sprzedaje przewieszony przez rękę nieco sfatygowany garnitur, sprawiając
wrażenie, że przed chwilą z kogoś go ściągnął w sąsiednim zaułku. Z uliczki
odchodzą uliczeczki, strome, szerokości 1 metra i na dodatek kręte. Domy
wyglądają na opuszczone, ale może to tylko efekt zamkniętych okiennic, chociaż
niektóre jak gdyby miały ochotę za chwilę się rozsypać. Wychodzimy z uliczki i
kierujemy się w bardziej cywilizowane okolice, ale i tu pozostaje wrażenie
budowlanego i ruchowego chaosu. Siadamy przy stoliku kawiarni przy dworcu i
zamawiamy capuccino, rzeczywiście dobre ze sztywną pianą mleczną. Wracamy do
hostelu, jemy kolację, przez okno podziwiamy nocny widok portu, robię nawet
zdjęcie. Rano stwierdzamy, że komuś chciało się tak ślicznie zrosić
dziedziniec wodą, ale gdy widzimy, że mokre są też samochody i ulice,
dorozumiewamy się, że w nocy padało.
Śniadanie kontynentalne (compis): 2 bułki, masło, dżem, kawa (może być z
mlekiem), mleko do woli, płacimy, recepcjonista dobrze rozumie po polsku,
nawet usiłuje mówić, prowadząca schronisko nosi wyraźnie polskie imię i
nazwisko. Ruszamy dalej. Jedziemy autostradą taką samą, jak wczoraj, może
tylko tunele tu dłuższe. Wokół góry, porośnięte zielenią,, ale nie widać
żadnych upraw."
W republice są też Czesi polskiego pochodzenia...

– W wyniku procesów asymilacji państwo czeskie zamieszkuje też spora grupa
mieszkańców polskiego pochodzenia, uważających się jednak dziś już za Czechów i
w spisach ludności podających narodowość czeską. Ich liczba nie jest odnotowana
w żadnej ze statystyk, ale możemy skorzystać z pośrednich metod stwierdzania
ich liczebności. Jednym ze wskaźników wzajemnego przenikania tożsamości
narodowej jest porównanie deklarowanej narodowości z podanym językiem
ojczystym. Z ludności deklarującej w przedostatnim spisie ludności w roku 1991
narodowość polską, tylko 83% podało, że język polski jest ich językiem
ojczystym, tzn. tym, którym porozumiewali się w domu z rodzicami. Jest to
oznaka przemieszania grup etnicznych i asymilacji. Z ostatniego spisu ludności
z roku 2001 na razie nie mamy tego typu danych. Podczas spisu w roku 1991 z
drugiej strony jednak 2,8 tysiąca Czechów podało, że ich językiem ojczystym był
język polski. To są na pewno ludzie polskiego pochodzenia, ale to tylko mała
część tej kategorii ludności. Jeżeli bowiem po polsku mówili w domu dziadkowie,
albo gdy najbardziej typowe narzędzie komunikacyjne na Zaolziu – gwarę śląską –
rachmistrze spisowi uznali za gwarę języka czeskiego, wówczas w statystyce
polskie pochodzenie się nie ujawniło. Aby stwierdzić liczbę ludności Republiki
Czeskiej polskiego pochodzenia, przeprowadziliśmy proste badania nazwisk z
książek telefonicznych. Badania te oparto na hipotezie, że nazwisko jest jedną
z najtrwalszych charakterystyk osobowych i nie ulega zmianie przez wiele
generacji. Badania zostały przeprowadzone w roku 1998 na podstawie książek
telefonicznych dzisiejszego Okręgu Morawskośląskiego (Ostrawa, Bogumin,
Hawierzów, Karwina, Orłowa, Trzyniec i Frýdek-Místek). Na losowo wybranych
stronach książek telefonicznych były liczone nazwiska polskie, czeskie i osobno
te, które mają identyczne brzmienie w obydwu językach. Według tych badań na
terenie Zaolzia było cztery lata temu 115 tysięcy mieszkańców noszących polskie
lub polsko brzmiące nazwiska, co stanowiło 32% wszystkich mieszkańców tego
terytorium. W Ostrawie, która jest wielkim miastem przemysłowym przylegającym
do Zaolzia, polskich nazwisk stwierdzono 25 tysięcy, co stanowiło 8%
mieszkańców miasta. Po odliczeniu tych, którzy podczas spisu podali narodowość
polską okazuje się, że liczbę Czechów polskiego pochodzenia na Zaolziu i w
Ostrawie można oszacować na 70 tysięcy, w całym kraju zaś na 70-75 tysięcy.
Według wstępnych wyników spisu ludności z roku 2001 szacunek liczby Czechów
polskiego pochodzenia można podnieść do 80 tysięcy, jako że do polskiej
narodowości przyznało się o 7,3 tysiąca osób mniej aniżeli w roku 1991.

Na Zaolziu mieszkają też Ślązacy...

– Wróćmy jeszcze do najliczniejszej grupy Polaków w Czechach, którą tworzy 35
tysięcy Zaolziaków. Na podstawie tożsamości regionalnej większość z nich uważa
się za Ślązaków, przy czym ich poczucie śląskości jest bardzo mocne. Czesi od
roku 1991 dopuścili deklarowanie w spisach ludności śląskiej i morawskiej
tożsamości regionalnej jako narodowości. W roku 1991 z możliwości tej
skorzystało 44 tysiące Ślązaków i aż 1,3 miliona Morawian. W roku 2001 było już
tylko 11 tysięcy Ślązaków i 382 tysiące Morawian. Konieczne było więc
przebadanie przypuszczenia, że narodowość śląską deklarowali głównie ludzie z
etnicznego pogranicza polsko-czeskiego, podobnie jak podczas okupacyjnego spisu
ludności przeprowadzonego przez Niemców w roku 1940. Na podstawie
rozmieszczenia i języka ojczystego zdeklarowanych Ślązaków można jednak
stwierdzić, że są oni w Republice Czeskiej przeważnie Czechami. Większość z
nich to mieszkańcy etnicznie czeskiego Śląska Opawskiego. Ponadto język polski
jako ojczysty zadeklarowało w roku 1991 tylko 449 z nich (1%). Okazuje się, że
najczęściej narodowość śląską deklarowali zwolennicy politycznego Ruchu na
Rzecz Samorządu Moraw i Śląska, który na początku lat dziewięćdziesiątych
postulował polityczną decentralizację czeskiej administracji i odtworzenie
dawnej Ziemi Morawskośląskiej, istniejącej w ramach Czechosłowacji w latach
1927-1949 i zlikwidowanej przez władze komunistyczne. Z tej grupy politycznie
określonych 44 tysięcy Ślązaków możemy zaliczyć do ludności przynajmniej
częściowo polskiego pochodzenia najwyżej 2-4 tysiące.

Ilu więc Polaków mieszka dziś w Czechach?

– W dzisiejszej Republice Czeskiej mieszka ogółem co najmniej 130 tys.
mieszkańców powiązanych w jakimś stopniu z Polską. Stanowi to 1,3% ludności
kraju. Większość z nich (ok. 110 tysięcy osób) koncentruje się na terenie
Zaolzia i pobliskiej Ostrawy, choć dzięki migracjom coraz więcej ich mieszka w
głębi Czech. 13,4 tysiąca z nich ma polskie obywatelstwo a 38,7 tysiąca
deklaruje narodowość polską, pomimo swoich czeskich paszportów. Ponadto około
80 tysięcy Czechów ma co najmniej polskie korzenie. Poza tym istnieje w
społeczeństwie czeskim spora grupa polonofilsko nastawionych osób, zwłaszcza
wśród części inteligencji. Są to przeważnie ludzie, którzy w okresie komunizmu
widzieli w Polsce forpocztę sił zwalczających ten system. Najlepszy stosunek do
Polski ma pod tym względem grupa byłych czeskich opozycjonistów z kręgów Karty
77 i członkowie niektórych ugrupowań związanych z Kościołem katolickim.

Niech więc tak właśnie pozostanie. Dziękuję jednocześnie za rozmowę.
nowezycie.archidiecezja.wroc.pl/numery/112002/06.html
Może przy następnym pytaniu poproszę też o kontekst w jakim ono się pojawiło.
dobrze?
A oto tekst o który prosisz:
Nieznane fakty w sprawie mordu na Polakach w Brzostowicy

Po publikacjach "Naszego Dziennika", dotyczących zbrodni w Brzostowicy Małej,
skontaktował się z nami mężczyzna, będący świadkiem zbrodni. Miał zaledwie pięć
lat, gdy we wrześniu 1939 roku komunistyczna banda, składająca się z
Białorusinów i Żydów, wymordowała polskich mieszkańców wioski. IPN, który
wszczął już postępowanie w tej sprawie, zwróci się do Rosji o udostępnienie
tzw. listy białoruskiej, na której znajdują się nazwiska osób zamordowanych na
Kresach.

Przypomnijmy: do zbrodni w Brzostowicy Małej, niewielkiej miejscowości
znajdującej się obecnie na terenie Białorusi, doszło we wrześniu 1939 roku. Tuż
po wkroczeniu wojsk sowieckich na terenie gminy Indura uaktywniły się bandy
komunistyczne składające się z Białorusinów i bolszewizowanych Żydów. Jedna z
nich, dowodzona przez żydowskiego handlarza Ajzika, wtargnęła do Brzostowicy
Małej. Komunistyczni bandyci w okrutny sposób wymordowali wówczas całą polską
ludność wioski.

Instytut Pamięci Narodowej w Białymstoku rozpoczął postępowanie w tej sprawie.
Jak się dwiedzieliśmy, Polska zwróci się do Rosji o udostępnienie tzw. listy
białoruskiej, na której znajduje się 7.305 nazwisk osób zamordowanych przez
NKWD w więzieniach na terenach Kresów Wschodnich II RP, zajętych 17 września
1939 roku przez Związek Sowiecki. Do tej pory utrzymywano, że taka lista
została zniszczona przez Chruszczowa. Zdaniem prof. Witolda Kuleszy, zastępcy
prezesa IPN, taka lista jednak istnieje. - Zbrodnie hitlerowskie doczekały się
wyjaśnienia, komunistyczne nawet nie zostały nazwane zbrodniami. Dlatego choć
wielu ich sprawców nie żyje, należy je ścigać - mówił prof. Kulesza podczas
spotkania z przedstawicielami organizacji kombatanckich.

Tymczasem po pierwszych publikacjach "Naszego Dziennika", w których
opisywaliśmy zbrodnię popełnioną na Polakach w Brzostowicy Małej (obecnie
Białoruś), skontaktował się z nami mężczyzna, mieszkający wówczas w pobliżu.
Prosił nas o niepodawanie nazwiska, bowiem mimo że od czasu mordu minęło już
wiele lat, nasz rozmówca czegoś się obawia. Zamierza jednak skontaktować się z
prowadzącym postępowanie prokuratorem Mariuszem Olszewskim i złożyć mu obszerne
zeznanie na piśmie. - W czasie, gdy miejscowi komuniści mordowali Polaków,
miałem pięć lat, byłem dzieckiem, jednak na tyle dużym, by rozumieć, że dzieje
się coś strasznego. Ten widok będzie mnie prześladował do końca życia - mówił
nasz informator. Z jego opowieści, którą dzięki pomocy Polaków mieszkających
obecnie na Białorusi staraliśmy się zweryfikować, wyłania się makabryczny obraz
nieludzkiej zbrodni na niewinnych polskich mieszkańcach wioski, której wielu
sprawców nadal pozostaje bezkarnych. - Komuniści wkroczyli do Brzostowicy, gdy
nie stacjonowały tam już miejscowe oddziały polskich wojsk, a jeszcze nie
weszły "ruskie". Uzbrojeni w "obrzyny" i siekiery nosili na ramionach
charakterystyczne czerwone opaski z gwiazdą - opowiada mężczyzna. Do tej pory
historycy, którzy wspominali o tej zbrodni, sugerowali, że doszło do niej
między 17 a 19 września. Jak się okazuje, białoruscy komuniści czuli się na
tyle silni, że nie czekali na wkroczenie wojsk radzieckich. - Chodzili w
kilkuosobowych grupach po Brzostowicy, byli wśród nich Żydzi, jednak przeważali
Białorusini. Pamiętam, że przyszli nocą i wyciągali ludzi z domów. Krzyk był
straszliwy. Przewodził im Ajzik, syn Deli i Borucha, członka PPR - wspomina
starszy mężczyzna i widać, że jest bardzo poruszony, a same wspomnienia
sprawiają mu ból. Jak mówi, nieprawdą są informacje podawane przez historyków,
jakoby Polaków wrzucano do dołu z wapnem. - Mordowano ich na progach domów
siekierami, a zwłoki wrzucano do dołów na ziemniaki, rozmieszczonych w pobliżu
majątku hrabiostwa Wołkowickich. Rozgrabiono również ich modrzewiowy dworek,
komuniści rozszabrowali też majątek hrabiego Sołtana w pobliskiej Brzostowicy
Murowanej - opowiada nasz informator. Jak mówi, wielu z komunistów pochodziło
ze wsi Padbahoniki, gdzie znajdował się matecznik Komunistycznej Partii
Zachodniej Białorusi. Stamtąd też pochodził Arkadiusz Łaszewicz, po wojnie
wieloletni I sekretarz KW PZPR w Białymstoku.

Kiedy do Brzostowicy wkroczyli Niemcy, znaleźli w archiwach miejscowego
oddziału partii komunistycznej listę Polaków przeznaczonych do wywózki. Niemcy
też rozkopali mogiły. - Niemieccy żołnierze filmowali całą ekshumację zwłok.
Jeżeli IPN chce dotrzeć do materiałów filmowych, powinien zwrócić się do strony
niemieckiej o udostępnienie kronik filmowych. Znajomy, który był na
przymusowych robotach w Westfalii, opowiadał, że wielokrotnie wyświetlano tam
tę taśmę, jako przykład bestialstwa sowietów - opowiada nasz rozmówca. Cywilni
pracownicy administracyjni niemieckiego okupanta przeprowadzili śledztwo. Część
z komunistycznych zbrodniarzy udało im się ująć. - Wyrokiem niemieckiego sądu
część z bandytów pod koniec 1944 roku została zlikwidowana. Rozstrzelano ich
pod Piotrowcami. Wielu jednak udało się, dzięki pomocy partii komunistycznej,
uciec. Po wojnie władze sowieckie wystawiły odpowiedzialnym za zbrodnie na
Polakach pomnik - mówił starszy mężczyzna. Jak w wielu innych przypadkach,
komunistycznym mordercom bezpiecznego schronienia udzieliła PZPR, poprzedniczka
dzisiejszego SLD. - Po wojnie uczyłem się w Białymstoku z synem woźnego, który
pracował w urzędzie bezpieczeństwa przy ul. Mickiewicza 5. Wiele nazwisk ludzi,
o których opowiadał, słyszałem już wcześniej, właśnie w Brzostowicy - mówił
nasz rozmówca. Zapewnił nas, że wszystkie informacje przekaże właśnie
białostockiemu IPN. Pracownikom tamtejszej Komisji do Ścigania Zbrodni na
Narodzie Polskim udało się, jak do tej pory, dotrzeć do dwóch świadków, którzy
posiadają informacje o wydarzeniach z Brzostowicy.

Wojciech Wybranowski
Polacy w Rosji

Jakże znamienny jest fakt, że dziś w demokratycznej Rosji mogą się swobodnie
rozwijać i działać polskie organizacje, że Polacy w Rosji mogą dbać o
"odrodzenie i umacnianie tożsamości narodowej oraz pomnażanie dorobku
kulturalnego, społecznego i materialnego wszystkich Polaków bez względu na ich
pozycję społeczną i światopogląd".

Obecność Polaków na terenie Rosji ma długą historię. Osadnictwo polskie w
Rosji występowało już w drugiej połowie XVIII wieku. Było to osadnictwo
dobrowolne. Niestety, później nastąpiły represyjne zsyłki. W latach
czterdziestych XX wieku w głąb ZSRR deportowano ok. 200 tysięcy Polaków.
Społeczność polska zaznaczyła już wówczas silnie swoją obecność w Rosji. Tak
np. w 1907 r. Stowarzyszenie "Dom Polski" w Moskwie prowadziło działalność
wydawniczą, oświatową, organizowało drużyny harcerskie oraz patronowało
szpitalom. Do roku 1927 ukazało się 540 tytułów książek, w tym wiele
podręczników. W latach dwudziestych na terenie Federacji Rosyjskiej działało 27
szkół polskich, a w blisko 200 szkołach nauczano języka polskiego.
Niestety, z chwilą nasilenia się represji stalinowskich w 1937 r. Polacy
stracili możliwość kultywowania swej tożsamości narodowej. Organizacje polskie
straciły również swój majątek trwały.
Kiedy mówimy o Polakach żyjących i działających w Rosji nie sposób nie
przypomnieć słynnych Polaków. Lista nazwisk jest długa i trudno wymienić je
wszystkie. Adam Mickiewicz, Maurycy Beniowski, Wacław Sieroszewski, Benedykt
Dybowski, wreszcie urodzony tu, w Moskwie, Witold Doroszewski oraz wielu, wielu
innych. Odkrywcy, językoznawcy, geografowie, przyrodnicy, ludzie czynu i nauki,
którzy zapisali niejedną chlubną kartę w dziejach Rosji.
Dziś poza granicami Polski żyje ponad 12 milionów naszych rodaków. Jest to
blisko jedna trzecia narodu polskiego. Polacy żyjący w Rosji stanowią ważną
część tej diaspory.
Nie mamy precyzyjnej informacji odnośnie liczby Polaków i osób polskiego
pochodzenia mieszkających na terenie Rosji. Według danych spisu narodowego z
1989 r, polska grupa narodowa w Federacji Rosyjskiej liczyła ok. 95 tys. osób.
Wg opinii działaczy polonijnych i badaczy Syberii liczba ta jest kilkukrotnie
wyższa. Osoby pochodzenia polskiego w Rosji nie tworzą zwartych grup, mieszkają
w rozproszeniu, ich rozmieszczenie jest nierównomierne. Największe skupiska osób
narodowości polskiej (wg danych spisu powszechnego) występują w: Moskwie -ok. 7
tys., ok. 8 tys. w St. Petersburgu, na Syberii w sumie ok. 30 tys., w tym w
Obwodzie Irkuckim ponad 3 tys., w okolicach Tiumenia ponad 6 tys., w rejonie
Omska ok. 2,6 tys., w Kiemierowie ok. 2 tys., Władywostoku ok. 2 tys., w
okolicach Nowosybirska ok. 1,4 tys., w Tomsku ok. 1,8 tys., w Obwodzie Amurskim
ok. 1,8 tys., Chabarowskim Kraju 1,6 tys. Znaczące skupiska polskie występują
też w Kraju Stawropolskim, w okolicach Saratowa, Wołgogradu, Smoleńska, Samary
Niżnego Tagilu.
Ogromna większość przedstawicieli polskiej mniejszości nie zna języka
polskiego - wynika to w znacznym stopniu z faktu, iż wielu z nich należy do 3-4
pokolenia potomków zesłańców polskich. Przez wiele dziesięcioleci ludność ta
pielęgnowała swą kulturę, religię i język. Jednak za czasów władzy radzieckiej
Polacy zagrożeni terrorem, ulegli niemal całkowitej rusyfikacji kulturowej i
językowej. Pozostała im jedynie świadomość polskiego pochodzenia.
W sumie na terenie Rosji działa ok. 50 organizacji polonijnych zrzeszających
ok. 3000 członków. Należą do nich m.in. Stowarzyszenie Kulturalno-Oświatowe
"Polonia" (St. Petersburg, Gatczyn, Archangielsk, Murmańsk), Organizacja
Polonijna "Dom Polski" (Moskwa), Polskie Stowarzyszenie Kulturalno-Oświatowe
"Ogniwo" (Irkuck), Kulturalno-Narodowa Organizacja Społeczna "Polonia" (Abalam -
Rep. Chakasja) i inne. Część organizacji odwołuje się do przedrewolucyjnych
ośrodków polskich, jak np. "Ogniwo" w Irkucku, czy też "Dom Polski" w Moskwie.
Jakże znamienny jest fakt, że dziś w demokratycznej Rosji mogą się swobodnie
rozwijać i działać polskie organizacje, że Polacy w Rosji mogą dbać o
"odrodzenie i umacnianie tożsamości narodowej oraz pomnażanie dorobku
kulturalnego, społecznego i materialnego wszystkich Polaków bez względu na ich
pozycję społeczną i światopogląd".
Dlatego wyrażam zadowolenie, że Kongres Polaków w Rosji dostrzega potrzebę
aktywizacji "działalności oświatowej i rozwoju szkolnictwa polskiego, w tym
szkolenia zawodowego, dokształcania i przekwalifikowania zgodnie z wymogami
sytuacji ekonomiczno-społecznej".
Problemem wszystkich organizacji polskich i polonijnych na świecie jest
pokoleniowa zmiana warty pośród ich członków i działaczy. W wielu wypadkach
młodzież nastawiona konsumpcyjnie do życia nie odczuwa potrzeby brania udziału
wżyciu publicznym, co więcej nie czuje potrzeby pamiętania o swoim polskim
pochodzeniu. Tym bardziej cieszy fakt, że Kongres Polaków w Rosji podjął próby
skuteczniejszego pozyskiwania młodzieży do działalności polonijnej.

>